Zauważyłam ostatnio bardzo obiecującą tendencję w stosunku do mojej pracy. Gdy mówię „jestem doulą” coraz rzadziej słyszę: „kiiim?”, a coraz częściej pojawia się pytanie: „jak właściwie wygląda twoja praca?”. Ogromnie cieszy mnie fakt, że świadomość społeczeństwa rośnie, a słowo „doula” przestaje być nam obce. Skoro już wiesz kim jest doula (a jeśli nie, to TUTAJ KLIK znajdziesz odpowiedź), to teraz przybliżę ci te strony mojej pracy, o których się nie mówi… Jak zatem wygląda praca douli?

Poznajmy się!

Pierwsze spotkanie jest kluczowe, od niego naprawdę wiele zależy. Zawsze umawiam się z moją potencjalną klientką (nie pacjentką – klientką. Pacjenci to klienci osób z zawodem stricte medycznym) na spotkanie zapoznawcze, zupełnie niezobowiązujące. To tam poznaje moją osobę, moje kompetencje, dostaje odpowiedzi na większość pytań odnoszących się do technicznych warunków naszej współpracy. A ja poznaję kobietę, z którą być może będę miała zaszczyt powitać na świecie jej maleństwo. I tutaj ważna kwestia – nie każda doula jest dla każdej rodzącej, oraz nie każda rodząca jest dla każdej douli. Zazwyczaj ja i moje podopieczne nadajemy na tych samych falach. Jeśli jednak wyczuwamy jakieś zgrzyty, które wyraźnie przeszkadzały by we współpracy – zawsze otwarcie namawiam – nie bój się powiedzieć o tym wprost! Znajdziemy inną doulę, może w jej towarzystwie ciężarna poczuje się lepiej i bezpieczniej – w końcu najważniejsza jest współpraca i porozumienie dusz.
Jak wspominałam, na pierwszym spotkaniu omawiam zawsze kwestie techniczne, warunki umowy, moje kompetencje, zakres moich działań oraz – najważniejsze – staram się poznać oczekiwania przyszłej rodzącej wobec mojej osoby jako douli towarzyszącej w porodzie. Jeśli obie jesteśmy zdecydowane na podjęcie współpracy, umawiamy się na kolejne spotkanie. Wtedy zaczynam podążać za planami, marzeniami, wyobrażeniami już mojej rodzącej. Ja, jako doula.

Przed porodem spotykamy się jeszcze dwa razy, chyba że moja rodząca ma spersonalizowane potrzeby, wtedy liczbę spotkań zwiększamy. Wizualizujemy poród, piszemy plan porodu, pakujemy wspólnie torbę szpitalną i porodową. Pokazuję klientce wyposażenie mojej torby, by wiedziała z czego ewentualnie może jeszcze skorzystać podczas porodu. Poznaję marzenia porodowe, wyobrażenia, zachciewajki i potrzeby mojej rodzącej. Uczę ją przygotowania ciała i ducha do porodu. Jestem po to by uspokoić, poinformować, podrzucić literaturę.
Jako że w swojej doulowej pracy ZAWSZE wykorzystuję dyplom Promotora Karmienia Piersią, przeprowadzam przed porodem obszerny warsztat laktacyjny, gdzie omawiamy nie tylko fizjologię laktacji, ale tak naprawdę całą gamę laktacyjnych wątków – od biustonosza i ubrań do karmienia, przez wkładki, zatkane kanaliki, pozycje do karmienia, ulewanie, odbijanie, ściąganie i przechowywanie pokarmu kobiecego, po namiary do najbliższego doradcę, skoki rozwojowe czy ustabilizowanie laktacji. Ogromnie pomocne są moje własne doświadczenia jako mamy. W końcu jak mówi reguła – doula to kobieta doświadczona również w swoim macierzyństwie.
Pokazuję pozycje jakie może kobieta przyjąć w trakcie przeżywania skurczy, często uczę też partnera masażu, przeciw-ucisków, punktów akupresurowych. Uczymy się relaksowania oddechem, masujemy chustą REBOZO. Omawiamy możliwości jakie daje nam dany szpital, lub co możemy zrobić rodząc w domu, by było lepiej, wygodniej. Ostatecznie o wszystkim i tak decyduje rodząca w trakcie porodu. Doula jest od wsłuchiwania się w jej potrzeby.

24/h x 14

Zanim spotkam się z moją klientką przy porodzie, jestem w tak zwanej GOTOWOŚCI PORODOWEJ 24 godziny na dobę, dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po terminie porodu danej rodzącej. Co to oznacza dla mojej klientki? A to, że jeśli nawet nie zaczęła się akcja porodowa, ale w środku nocy poczuje się niepewnie, źle, smutno czy samotnie, może do mnie zadzwonić, a ja zawsze postaram się podnieść ją na duchu, uspokoić. Jestem wtedy doulą na telefon, a z doświadczenia wiem, że taka forma pomocy przedporodowej jest moim rodzącym bardzo potrzebna. Co gotowość porodowa oznacza dla mnie…?
Gotowość porodowa jest chyba dla każdej douli, a na pewno dla mnie, mocno wyczerpująca emocjonalnie. Moje myśli skupione są na rodzącej, mam świadomość tego, że za chwilę będę musiała wyjść, zostawić dzieci, jechać by przywitać na świecie nowo narodzoną Matkę i jej dziecko. Jednocześnie napawa mnie to totalnym optymizmem! Uwielbiam tę pracę! Moja gotowość porodowa oznacza, że doulowa torba do porodu jest spakowana i NIC w niej nie brakuje. A wyposażenie jej jest na tyle bogate, by zapewnić i mnie i mojej rodzącej wszelkie możliwe natychmiast potrzebne rzeczy, jak na przykład dla mnie wkładki laktacyjne, woda, przekąska, laktator czy tabletki na ból głowy, a dla mojej rodzącej słomka, gdyby brakło jej wody, a chciałaby napić się z mojej, już używanej butelki. Mam tam też pomadkę do ust, białą czekoladę i wiele innych doulowych przydasiów, które okryję tajemnicą. Ponadto, moje auto musi być zawsze sprawne, zawsze zatankowane, zawsze gotowe by wsiąść i pojechać. Muszę mieć też alternatywę – co jeśli nagle pękł przewód paliwowy, benzyna sika pod maską, a auto nie odpala? Mam w obowiązku mieć kogoś, kto użyczy mi auta, lub natychmiast, o każdej porze dnia i nocy zawiezie mnie do szpitala.
Kluczową kwestią dla mnie są moje dzieci. Abym ze spokojną głową mogła jechać do porodu i dzielić się swoim opanowaniem z moją rodzącą, potrzebuję mieć pewność, że dzieci będą miały najlepszą możliwą opiekę, w każdym momencie. I tu zaangażowana jest cała masa osób, bo…? Obowiązuje mnie kilkustopniowy plan opiekuńczy. Do dzieci mam zapewnioną opiekę w postaci męża. A co jeśli on jest w pracy i nie odbiera telefonu, a ja muszę jechać do mojej rodzącej? Wtedy uaktywniam plan B – opieka zastępcza, czyli Babcia. I tu też muszę mieć plan awaryjny, na wypadek gdyby Babcia była akurat w banku, w sklepie czy na poczcie. Więc mam też zapewnioną opiekę zastępczą dla opieki zastępczej. Skomplikowane, ale jakoś się w tym odnajdujemy.
Moja gotowość porodowa oznacza, że w miesiącu porodowym mojej klientki, nie ruszam się praktycznie nigdzie, a już na pewno nigdy dalej niż zajęła by mi czasowo droga do szpitala (mój czas na dojazd do porodu to jeden z punktów umowy). I nigdy, przenigdy nie ruszam się z domu bez torby porodowej! Wszystkie wyjazdy na weekendy, wakacje, urlopy podporządkowuję mojej pracy.
Praca douli to zaangażowanie całej jej rodziny. Wyobraź sobie sytuację, gdy moja rodząca ma termin na połowę grudnia. Jej miesiąc porodowy, a jednocześnie moja gotowość porodowa, to plus minus dwa tygodnie od wyznaczonego terminu porodu. Nikt nie zna dokładnej daty, kiedy naprawdę zacznie się poród. Muszę być przygotowana wtedy na sytuację, w której po telefonie od mojej rodzącej odchodzę od wigilijnego stołu, kiedy to świętuję razem ze swoją rodziną, i pędzę do porodu.
Kiedy jestem w gotowości porodowej muszę pamiętać, by nie pić nawet niskoprocentowego alkoholu. Mój telefon jest włączony dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nocą budzę się kilkukrotnie, by sprawdzić czy na pewno nie przespałam połączenia od mojej rodzącej.
Jako że jestem mamą karmiącą, mleko dla Miśka zawsze jest odciągnięte i zamrożone, a ja do porodu jadę wyposażona nie tylko w laktator, ale i w woreczki do przechowywania pokarmu (podczas jednego z porodów ściągałam mleko siedząc na stołeczku przy mojej rodzącej – jedną ręką obsługiwałam laktator, drugą trzymałam za rękę rodzącą i dodawałam jej otuchy 😉 )

Po co? Na co? I dlaczego?

Dlaczego to robię, skoro to mocno wyczerpujące i mając rodzinę to dość skomplikowane?

Bo czuję, że muszę. Spełniam się w tym, choć mocno się spalam. Każdorazowo po takim porodzie regeneruję się dobre kilka dni. To nie tylko mocne przeżycie emocjonalne, ale i fizyczne. Moje mięśnie muszą być przygotowane na długie godziny robienia rodzącej przeciwucisków na każdym skurczu, a skurcze z każdym kolejnym centymetrem się wydłużają i potrafią trwać nawet półtorej, dwie minuty. Moje ręce są gotowe na nieustanne masowanie lędźwi. Kręgosłup musi dawać radę utrzymywać rodzącą podczas skurczu, gdy zdecyduje rodzić na stojąco. Taki poród to dla mnie całkiem niezła siłownia! 😉 Jeśli znasz mnie osobiście wiesz, że jestem niska, generalnie malutka ze mnie osóbka. Ale kobiety z którymi rodziłam, dają mi wyraźne rekomendacje, że daję radę! Bo mając „metr pięćdziesiąt w kapeluszu” też można być zaradną doulą 😉

Doula siedzi we mnie bardzo mocno, naprawdę, w głowie i w sercu. Czuję ogromną potrzebę pomagania kobietom w często trudnym okresie ciąży, porodu i połogu, a czasem jeszcze trudniejszych początkach macierzyństwa. Ani przez moment nie czuję się rozdarta pomiędzy moim macierzyństwem, a pracą douli. Wychodząc z domu do porodu nigdy nie wiem kiedy wrócę. Czasem wracam po 4 godzinach, czasem po 13, ale muszę być przygotowana na nawet dobę, półtorej doby, mojej nieobecności w domu. Czy cierpią na tym moje dzieci? Ani trochę! Zostają zawsze pod dobrą opieką. Bez mamy, ale ze wspaniałym Tatą, który ma okazję być wtedy ojcem na pełny etat. Czuję, że kiedy sama mogę się realizować w swoich pasjach, staję się lepszą matką dla moich dzieci. Owszem, w trakcie akcji porodowej myślami czasem sięgam do mych maluchów. Myślę o nich ciepło, ale nigdy nie powoduje to u mnie stresu czy zmartwienia. Nie mogłabym sobie na to pozwolić – moje wszystkie emocje są wychwytywane przez rodzącą w mig. Dlatego staram się skupiać przede wszystkim na tej mojej kobiecie, która staje się matką. Swoje wszystkie odczucia, emocje, stresy i problemy zostają za drzwiami porodówki, zawsze!

Robię to, bo ogromnie tego potrzebuję, ja, jako kobieta, jako żona, matka i jako doula. Wróciłam do doulowania wcześniej niż planowałam, przerywając swój niepowtarzalny okres urlopu macierzyńskiego, bo WY mnie potrzebowałyście. A kiedy słyszę od mojej rodzącej „nie zostawiaj mnie samej z mężem, bo jak wychodzisz to bardziej mnie boli” – jestem pewna, że to co robię, robię dobrze! Mam misję, mam pasję, mam powołanie. Uwielbiam rodzić dzieci, kocham towarzyszyć w porodzie, spełniam się będąc doulą. Fajnie że poszłam tą drogą…

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty