Ponad pół roku przedszkola za nami. Mam za sobą przepracowanie swoich obaw i lęków, wypuszczenie pierworodnej z uwitego matczynego gniazda, obserwację zmiany mojego dziecka pod wpływem nowego środowiska. Wypuszczenie pierwszego dziecka „w świat”, między rówieśników, wbrew pozorom nie jest łatwe dla matek. Dla mnie nie było… Czy przedszkole to była dobra decyzja?

Żłobek? Przedszkole? Mówię stanowcze NIE!

Tak, taak. Kiedy widziałam jak moje znajome, koleżanki, zapisują swoje dwu, trzy letnie dzieci do placówek opiekuńczych – czułam ukłucie w żołądku i gulę w gardle. No ale jak to?! Takie małe dziecko i już do żłobka?! Moja bulwersacja rosła liniowo, w stosunku do ilości posiadanych dzieci. Jeśli owa dziewczyna zapisywała swoje drugie czy trzecie dziecko do tego samego przedszkola w którym przebywa starsze rodzeństwo, byłam w stanie to psychicznie zaakceptować. Ale jeśli do żłobka szło jej pierwsze dziecko, wydawać by się mogło, maleńkie, nieporadne, potrzebujące tylko mamy dziecię, to wykres mojego zdenerwowania i niezrozumienia szybował w górę niczym rakieta.
Byłam mamą dość wyluzowaną (jak na matkę pierwiastkę przystało), ale z mocnym ugruntowaniem samej siebie w macierzyństwie. Jakby to macierzyństwo definiowało mnie jako kobietę. To bycie mamą było moim priorytetem, mówiłam, że przede wszystkim jestem MATKĄ. I to był błąd… Jak wiecie, do wszystkiego w swoim życiu prędzej czy później się dojrzewa.

Za dużo zmian.

Druga ciąża była dużą zmianą dla nas wszystkich. Przygotowanie na pojawienie się nowego człowieka w naszej rodzinie trwało od samego początku (o czym możecie przeczytać TUTAJ). Cały okres ciąży był dla mnie i dla całej rodziny mocnym obciążeniem. Perspektywa zaprowadzania Zo na pół dnia do przedszkola i odpoczynku w tym czasie była marzeniem. Z drugiej strony, nowe środowisko, nowa sytuacja, nowy członek rodziny – za dużo tych nowości jak na trzylatkę. Dodatkowo, przecież pracuję w domu, wydawać by się mogło, że spokojnie mogę pogodzić pracę z opieką nad dzieckiem. Temat przedszkola poszedł w niepamięć.

Mamo, ja chcę do przedszkola!

Nadszedł ten dzień, miesiąc po trzecich urodzinach, kiedy Zo zobaczyła, że jej siostrzenica – rówieśniczka – szczęśliwa wyrusza z rodzeństwem do przedszkola. Zośka została sama w domu, wśród samych dorosłych (nie licząc dwumiesięcznego, mało ogarniającego życie Michaśka). Stała w tym pokoju pełnym zabawek. Tu coś wyjęła, tu coś rozsypała. Chwilę pomalowała, poukładała puzzle. Szybko się znudziła, zawołała mnie i orzekła „Mamo, ja chcę do przedszkola jak Jadzia!”.
Wyjaśniłam jej na czym polega chodzenie do przedszkola. Że będą tam dzieci i Panie, jakie panują ogólne zasady w przedszkolu, że na kilka godzin dziecko bawi się w przedszkolu, a mama wraca do domu, by po południu odebrać malucha. I im dłużej mówiła, tym bardziej Zośka nalegała na przedszkole. Byliśmy tweedy w Warszawie. Niewiele myśląc zadzwoniłam do najbliższej naszego domu placówki. Uff… jest jeszcze wolne miejsce w grupie trzylatków. Tego samego dnia wróciliśmy do domu. Kupiliśmy buty – kapcie, uszyłyśmy worek.
Następnego dnia rano ubrałyśmy się i powędrowałyśmy, by zapisać się do przedszkola, oswoić się z nowym miejscem. Byłam przygotowana na dwa tygodnie adaptacji, chodzenia dzień w dzień z Zo na kilka godzin do przedszkola. Babcia była zorganizowana do opieki nam Michałem, bym ja mogła się spokojnie skupić na Zo.
Weszłyśmy. Od progu słychać śpiewy, zabawy, muzykę. Przebrałam Zosi buty, a ona… Wystrzeliła jak z procy, pobiegła do pierwszej sali, z której przez otwarte drzwi dobiegały do nas dźwięki wspaniałej zabawy. Nieśmiało poszłam za nią, a ona już w kółeczku trzymała się z dziećmi za ręce. Wyszkolona przez Babcię – znała na pamięć wszystkie piosenki typu: „kółko graniaste”, „chłopcy, dziewczęta”, czy „stary niedźwiedź mocno śpi”. Natychmiast wkręciła się w zabawy, bez żadnego skrępowania! Uprzedziłam ją że będę za ścianą u Pani Dyrektor, ale nie zrobiło to na niej specjalnego wrażenia.

Wypełniając dokumenty, słyszałam jej głośny śmiech i donośny śpiew. Podpisałam umowę, zapisałam ją do przedszkola. Idę do sali, Zośka bawi się w najlepsze. Pytam czy idziemy do domu, mówi że zostaje. Dodaje, żebym poszła do Michała, a ona się tutaj pobawi. Zostawiłam ją, wróciłam do domu, do Miśka.
Przez te trzy godziny wciąż patrzyłam na telefon, czy nie dzwonią po mnie z przedszkola. Oczami wyobraźni widziałam jak biegnę po Zośkę, która zapłakana i wyjąca w kosmos woła mamę…
Odebrałam ją przed drzemką, nie chciałam by już pierwszego dnia spała. I jakie było moje zdziwienie, gdy Zośka nie chciała wyjść z przedszkola! Wszyscy w koło mówili, że to tylko chwilowe zachłyśnięcie nowością, a problemy z zostawaniem bez mamy niebawem się zaczną. Nigdy ich nie było, nigdy nie było sytuacji, w której Zosia by płakała w domu, czy w szatni, że nie chce zostać z dziećmi.

Pełne zaufanie, pełna harmonia.

Moja pierwsza myśl: wypytam o wszystko! O metody jakie stosują Panie, by opanować złość dziecka. Jak radzą sobie z „niegrzecznymi” dziećmi. Czy przytulają maluchy, gdy one tego potrzebują? Czy stosują kary? W głowie przygotowałam sobie mowę z prośbą, co bym chciała i czego oczekuję, a czego proszę by nie stosować wobec mojego dziecka. W chwili gry uświadomiłam sobie co by było gdyby wszyscy rodzice mieli takie spersonalizowane specjalne wymagania co do traktowania swojego dziecka… zaczęłam się śmiać! Sama z siebie. Postanowiłam więc zaufać. Panie Przedszkolanki szybko skradły serce nie tylko Zośki, ale i nasze, rodziców. Pełne zaufanie. Fantastyczny przepływ informacji i współpraca na linii przedszkole – rodzice, jest kluczem do wspólnego wychowawczego sukcesu. Jak w każdej placówce i tam obowiązują pewne reguły, do których i moje dziecko i ja, jako rodzic, muszę się stosować.
Zonia wracała z przedszkola, a buzia jej się nie zamykała! Opowiadała o wszystkich zabawach, śpiewała piosenki, recytowała nowe wierszyki. Byliśmy zachwyceni! Aż pewnego dnia…

Tato, wstawaj, do psedkola!”

Niedziela. Godzina 5:30. Jest szaro, ponuro, zimno i leje!
Zośka zrywa z łóżka Ojca R. stawia na nogi cały dom, bo przecież trzeba iść do przedszkola. Im dłużej tłumaczymy, że w weekendy dzieci nie chodzą do przedszkola, że soboty i niedziele spędzamy wspólnie, razem, tym większy płacz, krzyk i lament ze strony Zośki, a jej frustracja narasta. Byliśmy gotowi naginać z nią pod przedszkole, żeby pokazać jej, że tam naprawdę nikogo nie ma. W końcu ustąpiła, ale przez kilka pierwszych weekendów co rano była scena płaczu i rozczarowania.

Za co cenię nasze przedszkole?

Kadra! To strzał w dziesiątkę! Młode, kreatywne, pełne empatii kobiety, które kochają to co robią, a robią to, bo to kochają. Za trafionym doborem pracowników stoi Pani Edyta – dyrektor placówki. Jako że sama wiele lat pracowała jako przedszkolanka, jako doświadczona mama niegdyś przedszkolaków i jako kobieta – doskonale widzi i rozumie nie tylko potrzeby dzieci, ale i rodziców. Dla mnie to duży komfort wiedzieć, że ludzie którzy tworzą to miejsce nie robią tego wyłącznie dla zrobienia na tym wielkiego biznesu, ale do uruchomienia przedszkola popchnęło ich prawdziwe powołanie. O tym jak trudna jest praca w przedszkolu, z cudzymi dziećmi, gdzie każde wychowywane jest inaczej przez innych rodziców, po innych doświadczeniach – wiedzą tylko te panie. Ja, przyglądając się z boku temu jak zaradnie, spokojnie i przede wszystkim – SKUTECZNIE – angażują dzieciaki do zabaw, sprzątania, ubierania na dwór… No mnie nie raz opadła szczęka. O aktywności Zo w trakcie przedszkolnych zajęć mówią mi pieczątki na rękach. Jak sama mówi „Okejkę daje pani Ania”, a małe kolorowe „pani hiszpańska i pani angielska” 😀
Pierwsze imię tego przedszkola to „Słoneczko”, drugie to TROSKA, a trzecie – KREATYWNOŚĆ. Choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafiłabym zapewnić Zośce w domu tego, co na co dzień przerabia w przedszkolu. Przeróżne zajęcia każdego dnia tygodnia, systematyczna nauka angielskiego i hiszpańskiego, gotowanie i pieczenie, prace plastyczne, gimnastyka i zajęcia teatralne, które są dla mnie hiciorem tej placówki! Co więcej, ta mnogość zajęć jest przepleciona jakimś spokojem, harmonią, dbałością o każdego małego człowieka.
Jako, że dużo czasu spędzam w social mediach, uważam, że pomysł wrzucania na bieżąco zdjęć z przeróżnych zajęć, spacerów i codziennej aktywności maluchów, jest rewelacyjnym rozwiązaniem. Wszystko dzieje się za pisemnym pozwoleniem rodziców – ten podpunkt mamy jasno opisany w umowie.
I ostatnie – najważniejsze – kontakt. O każdej porze, zawsze, mogę zadzwonić, napisać, dowiedzieć się na przykład co jadła dzisiaj moja córka, skoro wieczorem boli ją brzuszek, a ja w roztargnieniu i pośpiechu nie spojrzałam na wywieszony jadłospis w przedszkolnej szatni.

Czy to była dobra decyzja?

Kiedy odbieram Zośkę z przedszkola, często ma pogubione gumki do włosów. Za paznokciami pełno farby lub plasteliny. Bluzka przebrana na inną, spodenki na kolanach wytarte. Buzia ZAWSZE uśmiechnięta! Odkąd chodzi do przedszkola zasób słownictwa tak jej się powiększył, że każdego dnia czymś mnie zaskakuje!
Nie wiem czy zapisałabym ją do przedszkola, gdyby sama o to nie prosiła. Wiem, że nie każde dziecko jest takie samo, sama mam traumę po przedszkolu. Cieszę się, że jej posłuchałam, zaufałam, uwierzyłam że jest bardziej dojrzała, niż mnie się wydawało. Przedszkole to ogromnie ułatwienie dla mnie, ale i spokój o najlepszą możliwą opiekę nad Zo.

Link do naszego przedszkola znajdziecie TUTAJ KLIK

DSC_1164
DSC_1207
DSC_1211
DSC_1221

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty