Dziś post kieruję do wszystkich mam, teściowych, babć, ciotek, sióstr, koleżanek i przyjaciółek; do pielęgniarek i położnych – do wszystkich kobiet, które otaczają każdą świeżo upieczoną mamę – oddajcie matce jej kompetencje! Dziś napiszę kilka gorzkich słów, opiszę historię, która sprawiła, że przelała się we mnie czara pełna rozgoryczenia. Z tego miejsca zrugam wszystkie te, które tak bardzo nie potrafią zachować swoich dobrych rad dla siebie, oraz dam nadzieję i wiarę w siebie tym, które uwierzyły, że ktoś inny, postronny, czasem obcy, wie lepiej. Nie wie. Walcz o siebie matko!

Historia jakich wiele. Młoda dziewczyna, żona, już matka, ale jeszcze z dzieckiem pod sercem. Wojowniczka! Zawsze ma własne zdanie, nie boi się wyrażać swoich opinii. Jest silna, stanowcza, asertywna. Całą ciążę czyta mądrą literaturę, przygotowuje się do narodzin swojego pierwszego dziecka, na które tak czeka. Spędza długie godziny nad zgłębianiem tajników opieki nad noworodkiem, z radością w sercu kompletuje wyprawkę, podpytuje koleżanki jak wygląda poród, jak to jest mieć takiego malucha. I po czterdziestu tygodniach oczekiwania wreszcie na świecie wita swoje dziecko! Chciała, z całych sił pragnęła urodzić je naturalnie, jednak poród został poprowadzony tak, że skończyło się cięciem. Wyrzuca sobie że mogła zrobić coś inaczej, zawalczyć o siebie, o dziecko, spróbować. Ale złe myśli szybko mijają, gdy przytula swoje narodzone dziecię. Tuli je, zachwyca się tym maleńkim, a jakże rzeczywistym cudem.
Przychodzi czas karmienia. Ta matka nie umie karmić dziecka piersią – nic dziwnego, nigdy tego nie robiła. Prosi o pomoc. Dostaje w zamian mocny uścisk piersi, krótkie „masz za małe piersi, nie wykarmisz dziecka” i propozycję podania mleka z butelki, bo dziecko przecież głodne, a „chyba nie chcesz go zagłodzić”. Zgadza się na dokarmienie, bo dziecko coś jeść musi. Kierowana wspomnieniami z czytanej literatury, prosi ponownie o pomoc przy karmieniu piersią, bardzo jej zależy na naturalnym żywieniu swojego dziecka. Położna ponownie ściska pierś mówiąc „nic nie leci, nie masz mleka dziecko”. Jakie dziecko?! Ta kobieta dopiero co urodziła SWOJE dziecko, niedawno sama zrodziła się jako matka! Próbuje więc sama dostawić to dziecko do piersi, choć rana po cesarce nie do końca pozwala jej na swobodne ruchy. Dziecko płacze, nie potrafi złapać i zassać piersi, mama się denerwuje, ogarnia ją frustracja. Odkłada rozwrzeszczane dziecko, dzwoni dzwonkiem po położną, prosi o nakarmienie dziecka. Noworodek ponownie dostaje sztuczną mieszankę.
Zradza się pomysł użycia laktatora – odciąga, odciąga i…? Nic! No może kropla, dobra, góra dwie. A przecież położna mówiła, że ma być przynajmniej 30 ml, inaczej dziecko będzie głodne, nie będzie przybierać, a bez tego nie wypuszczą ich do domu. A ta kobieta przecież marzy o tym by być już we własnym domu. Przypomina sobie o istnieniu doradcy laktacyjnego. Zrezygnowana, ostatkami sił prosi o wizytę. Doradca pomaga przystawić dziecko do piersi, ono niechętnie i nieporadnie łapie sutka, ale nie chce ssać, denerwuje się, bo mleko od razu nie leci i trzeba się mocno napracować, by dostać mleczną stróżkę. Wypluwa pierś, płacze, robi się czerwone ze złości. Mama chce walczyć o karmienie, ale nie chce walczyć z własnym dzieckiem. Płacze. W głowie ma słowa „masz złe piersi”, „nie wykarmisz dziecka”, „dokarmiaj bo zagłodzisz”, „masz za mało mleka”.
Udało się, wychodzą do domu. Ona jeszcze nie wie, że to tam zacznie się dla nich prawdziwa jazda bez trzymanki. W zaciszu domowego ogniska, w ich bezpiecznej przystani, w której powinni być tylko we trójkę – mama, dziecko i tata, kobieta wróciwszy prosto ze szpitalnego oddziału, zastaje w swoim domu rodziców, teściów, siostrę i psa, którego teściowa natychmiast wywala z domu, gdy tylko pojawi się w nim noworodek. Od progu zabrali jej dziecko, żeby zobaczyć, wziąć na ręce, przytulić, orzec do kogo jest podobne. Dziecię się obudziło, jest głodne. Mama próbuje nakarmić malucha, ale krępuje ją tych kilka zbędnych par oczu, wpatrujących się w każdy jej ruch. Otoczenie widzi że mama jeszcze nie do końca dobrze radzi sobie z efektywnym karmieniem, więc… Zaczyna się fala dobrych rad, a wszystkie sprowadzają się do: „dajże mu butlę, po co się tak męczyć? Męczysz i siebie i dzieciaka”. Mimo wszystko mama próbuje karmić piersią, dokarmiając sztucznym mlekiem. Brak wsparcia i wiary w siebie skutkuje stopniowym upadkiem laktacji.
Tacie trzęsą się ręce. Jest zdania, że to co mówi jego mama i teściowa jest świętością, bo przecież one lepiej wiedzą, lepiej ich słuchać. Skoro obie wychowały już swoje dzieci, to na pewno wiedzą lepiej niż żona, która przecież matką jest zaledwie kilka dni. Jakie ona może mieć pojęcie o zajmowaniu się dzieckiem? W pośpiechu więc wiąże czerwoną kokardkę na wózku z polecenia teściowej. Przychodzi wieczór, jest pora pierwszej domowej kąpieli. Kobieta prosi o pomoc w kąpieli swoją mamę, a ta przejmuje z rąk jej dziecko. Młoda mama jeszcze nie wie, że jej własna matka właśnie przejęła obowiązki kąpieli malucha na najbliższe tygodnie.
Jest piękna pogoda, słonko świeci, ptaszki ćwierkają. Po przesiedzeniu dwóch tygodni w domu – niezbędnych z punktu widzenia rodziny, by noworodek nie umarł od promieniu słonecznych i świeżego powietrza – młoda mama ośmiela się pierwszy raz wyjść z maluchem i pokazać mu świat! Jest podekscytowana, trzęsą się jej ręce. Zabiera całą torbę przydasiów, które skrupulatnie pakowała od rana. Wciąż obecna teściowa upewnia się, że dziecko jest najedzone, przebrane i otulone przynajmniej dwoma kocami i ciepłą czapką. Budka w wózku zaciągnięta, dzieciak okryty, można ruszać. Mama wychodzi z dzieckiem w obstawie swojej teściowej. Idą we dwie, teściowa pcha wózek.
Dziewczyna wciąż podejmuje próby karmienia piersią. We wszystkim co robi w stosunku do własnego dziecka, jest wciąż instruowana przez otoczenie, a zrobienie czegokolwiek w zgodzie ze swoim instynktem, a wbrew zaleceniom szanownej mamusi, babci czy teściowej, kończy się totalnym zruganiem jej osoby. Poddaje się. Jest zmęczona, blada, niewyspana. Mama osiedliła się u nich na dobre. Gdy w nocy dziecko ma kolki i mocno płacze, mama wpada do ich sypialni, razem z drzwiami, natychmiast przejmując z rąk matki dziecko.
Mama jest niedożywiona, bo przecież nic nie może zjeść – poza rozgotowanym ryżem, marchwią i kurczakiem. Też gotowanym. Pije wyłącznie wodę. Kiedyś miała ogromną ochotę i zjadła kanapkę z pomidorem. Dostała taką reprymendę i kazanie w pakiecie, odnośnie nieodpowiedzialnego zachowania, bo jak może zjeść pomidora, przecież karmi dziecko!
Ta matka jest zmęczona życiem. Rozczarowana macierzyństwem, w którym jedyny, niekwestionowany jej udział, to donoszenie dziecka. Wyrzuca sobie nieudaną próbę porodu naturalnego, nieumiejętność karmienia piersią, martwi się, że nie potrafi przełożyć rad udzielanych przez doradcę na fizyczną sztukę karmienia. Wciąż słucha opowieści swojej babci zaczynających się od słów „Za moich czasów…”, na które jej własna matka i teściowa przytakują. Uwierzyła już w to że mleko ma złe, że nie umie jeszcze ubrać dziecka na spacer, że dziecko musi spać w swoim łóżku i że nie może nosić swojego dziecka, bo je przyzwyczai i co potem?
Dziewczyna nie ma sił. Nie wierzy w to, że cokolwiek robi dobrze, wszystkich czynności wobec swojego dziecka uczy się od własnej matki/babki/teściowej. Ale uczy się wzrokowo, bo została jej odebrana możliwość kąpieli, przebierania, ubierania, noszenia, usypiania swojego dziecka. Młoda mama została zepchnięta na margines, ustawiona poza podium, mentalnie odseparowana od swojego dziecka! Czy to nie jest prosty przepis na wpędzenie dziewczyny w depresję?

Jak to możliwe?

Znasz to, matko. Ten moment, gdy rodzi się Twoje pierwsze dziecko i boisz się wziąć je na ręce, by nie zrobić mu krzywdy. Gdy w nocy budzisz się co chwilę i sprawdzasz czy oddycha. Gdy pierwszy raz zakrztusi się mlekiem, a serce staje ci w gardle. Znasz to, doskonale. Być może ty słyszałaś wtedy słowa otuchy, dodawały ci one pewności siebie, czułaś że jesteś najbardziej kompetentną osobą do opieki nas twoim dzieckiem. Przecież je urodziłaś, jesteś do tego stworzona, bo to twoje dziecko. I każdego dnia coraz to lepiej dawałaś sobie radę, przewrażliwienie minęło, życie z noworodkiem stało się całkowitą normą.
Teraz wyobraź sobie siebie na miejscu dziewczyny z tej historii. Gdy za wszystko jesteś ganiona. Gdy nie możesz nic jeść, bo przecież robisz krzywdę dziecku. Nie możesz bez nadzoru wyjść na spacer, bo po pierwsze – nie potrafisz odpowiednio ubrać dziecka, a po drugie – co zrobisz jak nagle zacznie płakać? Przecież sobie nie poradzisz! Pomyśl co by było gdyby ktoś nie proponował ci pomocy, a zamiast tego przejął całkowitą kontrolę nad twoim dzieckiem i nad twoim życiem. W dobrej wierze sugerując być skupiła się na sobie, odpoczęła. Co byś zrobiła, gdyby ktoś wyrywał dziecko z twych objęć, dlatego że płacze i nie możesz go uspokoić? Czy po urodzeniu pierwszego dziecka byłaś tak mocno asertywna? Tak? To zazdroszczę, bo ja z asertywnością nie miałam wiele wspólnego…

Gdyby nie to że moje otoczenie mocno mnie wspierało, pewnie też oddałabym kąpiel dziecka i wiele innych czynności, w ręce własnej mamy, którą zresztą o wszystko pytałam. Różnica była taka – ona mi podpowiadała, ale nie robiła tego za mnie. To oczywiste, że większość z nas, kobiet, gdy zostaje matką jest zielona w temacie opieki nad tym maluchem. Potrzebujemy wparcia, wskazówek, nie mamki dla pierworodnego. Jednocześnie mamy mocne poczucie swojego własnego terytorium. Ja nie dałam nikomu na nie wstąpić bez mojego pozwolenia. Ona, ta dziewczyna, pozwoliła raz, drugi, za trzecim nikt o zdanie jej nie pytał.

Dlaczego zabieramy kompetencje innym matkom? Dlaczego nie potrafimy schować swoich nie proszonych rad w buty, nie potrafimy zaakceptować tego, że ktoś chce sam, po swojemu, inaczej? Czy spotkałyście się kiedyś w teściową, która nie wcina synowej swoich trzech groszy? Z mamą, która w pełni akceptuje sposób wychowania dziecka swojej córki? Ciotki, która nie ma wspaniałej rady na wszystko? Babci, która nie rzuca mitami jak z rękawa? Bo ja nie! A jak dorzucimy do tego środowisko rówieśnicze młodej matki, w którym pełno koleżanek, ekspertek od macierzyństwa… można zwariować!

Oddajcie kompetencje matce! Ona właśnie urodziła dziecko! To dla niej spora, wręcz ogromna zmiana! Jej dawne życie przekręciło się o 180 stopni, ale nadal jest w pełni świadomą, inteligentną istotą. Za to bogatszą o instynkt macierzyński. O tą kobiecą siłę, która budzi się w nas, matkach, gdy kładziemy na swojej piersi nowe życie. Ona potrafi. Być może trzęsą się jej ręce, gdy zmienia dziecku ubranko. Być może założyła pieluchę tył do przodu, albo drżącymi dłońmi podniosła płaczące niemowlę, nie za bardzo wiedząc co ma zrobić, by je uspokoić. Ale poradzi sobie, bo jest jego matką. Ukoi płacz swoim głosem, zmieni pieluszkę na suchą, nawet jeśli jej zapięcie będzie na plecach. Pozna wreszcie ciężar własnego dziecka i przyzwyczai się do bezpiecznego noszenia go na rękach. Ten lęk przed własnym dzieckiem nie wynika z jej niekompetencji, a z jej wielkiej, nieskończonej i niepoliczalnej miłości. Wszystko to jest dla niej nowe, bo przecież pierwszy raz spada na nią ciężar pełnej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie wyręczaj jej – zapytaj jak możesz pomóc. Zrób zakupy, ugotuj, pozmywaj, posprzątaj. Bez wyraźnej prośby, nie pomagaj jej przy dziecku. Trzymaj ręce na wodzy, ten maluch potrzebuje teraz najbardziej dotyku i zapachu matki. Wspieraj ją. Mów jak świetnie sobie radzi. Podziwiaj to jaką staje się matką – bo każdego dnia uczy się czegoś nowego o sobie i tym maluchu. Zbiera doświadczenia, poznaje swoje dziecko i samą siebie.
Pozwól jej uwierzyć w siebie, bo tylko mocna wewnętrznie będzie miała siłę, by w przyszłości podnosić się z upadków, by ponieść całkowity i często przygniatający ciężar macierzyństwa.

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty

  • Marta Młodawska

    Bardzo ważny temat poruszyłaś.
    Rodziłam naturalnie, ale wiele z tych problemów jest wiecznie żywych w mojej pamięci, a to już 10 lat.