Jak już to pisałam kilkakrotnie, w pierwszej ciąży z Zo, zamierzałam karmić piersią pół roku, potem przejść na „flachę”. Wtedy kompletnie nic nie wiedziałam o karmieniu piersią, oprócz tego, że to całkowicie normalne i naturalne. Dodatkowo przykład mojej mamy karmiącej mnie dwa i pół roku, czy moich sióstr karmiących swoje własne dzieci, był dla mnie nie tyle motywacją, co utwierdzał mnie w przekonaniu, że taka kolej rzeczy. Nie analizowałam tego zbytnio, nie podciągałam KP do wyższej rangi. Nie miałam pojęcia o właściwościach mleka matki, no wprost mówiąc – byłam zielona w temacie. Co się takiego stało, że tak bardzo się to zmieniło…?

Zostałam mamą. I te dwa słowa wiele tłumaczą. Pokochałam tę relację, tę bliskość. Te karmieniowe sesje były czasem tylko dla nas – dla mnie i mojej córki. I choć nie wiedziałam o laktacji tyle co teraz, okazało się to być dla mnie istnym błogosławieństwem. Nie liczyłam maniakalnie karmień na dobę, nie słuchałam czy aby na pewno przełyka mleko. Nie zastanawiałam się czy Zo efektywnie ssie. Nie patrzyłam na zegarek, nie myślałam o tym, że nie mam mleka. Po prostu ją urodziłam, przystawiłam do piersi i karmiłam. Bez stresu że źle łapie. Nawet nie wiedziałam, że dziecko może nie umieć jeść z piersi bądź źle chwytać brodawkę. Nigdy nie słyszałam o problemach laktacyjnych, poza zapaleniem piersi. Co więcej, byłam święcie przekonana, że jeśli mnie nie przewieje i nie zmarznę, zapalenie piersi mnie nie dotknie…

W miarę upływu czasu okazało się, że karmienie jest fajne, coraz fajniejsze. Chociażby dlatego, że nie muszę ciągle myć tych butelek. Byłam całkowicie niezależna od ciepłej przegotowanej wody, butelkowego asortymentu i białego proszku zwanego mlekiem modyfikowanym. Zośce wystarczyło że miała przy sobie mamę i gdziekolwiek się nie znalazłyśmy, głód jej zawsze był zaspokojony.
Minęło pół roku, wprowadzanie stałych posiłków szło nam bardzo opornie. Tak bardzo, że gdy miała 10 miesięcy, nadal jadła tylko pierś. Zaczęłam czytać, tu i tam, poznawać historie innych kobiet. Pisałam bloga, o karmieniu piersią też zdarzyło mi się nie raz wspomnieć. Skoro mnie się tak karmienie podoba, moje znajome pytają mnie o moje doświadczenia i rady, dlaczego miałabym nie nauczyć się karmienia od strony teoretycznej? I tak zrodził się pomysł by być profesjonalistką. Znalazłam kurs na Promotora Karmienia Piersią, potem mnóstwo artykułów, książek, i tak poleciało. Wsiąknęłam całkowicie. Tematyka karmienia piersią na stałe zagościła w naszym domu, stała się podstawą rozmów z wieloma matkami, przyczyniła się do kilku konfliktów w rodzinie. Stałam się pewna swojej wiedzy i umiejętności, zaczęłam pomagać kobietom na poważnie. I nadal karmiłam. Rok, dwa, potem musiałyśmy się odstawić. I tak jak o karmieniu, tak o odstawieniu nic nie wiedziałam. A jak się okazało: i początek i koniec karmienia był dla mnie po prostu łaskawy. Nie myślałam nawet o karmieniu piersią kolejnego dziecka, w kategorii jakiejś trudności. Bo skoro z Zo, bez żadnej wiedzy i przygotowania technicznego wszystko gładko poszło, to dlaczego po raz drugi miało by być inaczej…? Było.

Raz, w końcówce ciąży, napisałam do mojej ukochanej douli i również promotorki KP – „ej, a jak nie będę mieć mleka…?” Chyba okazało się dla niej to tak samo zabawne jak dla mnie. Zresztą, niedługo przed porodem kropelki siary już wypływały z moich piersi. „Są gotowe!” pomyślałam.
Michał zaraz po porodzie dossał się do piersi i przez najbliższą dobę nie przestał. Zmieniałam tylko piersi z prawej na lewą i znów na prawą. Czy spał czy czuwał – ssał. Na dwadzieścia cztery godziny jego życia, dwadzieścia dwie spędził przy piersi. Nie mogłam go nawet na chwilę oderwać, by wyjść do łazienki. Byłam z niego taka dumna! Cycoholik jak nic!
Do mojej sali przyszła położna z noworodkową wagą. Czekałam na wspaniałe wieści, a tu…? Ponad 200g spadku. Ale jak to, przecież on ciągle ssie. Zaraz, zaraz, kiedy ja mu ostatnio zmieniłam pieluszkę? On wcale nie sika… Czy to normalne? Czy on się nie odwadnia? Dlaczego tyle spadł na wadze, a na dodatek nie siusia, skoro non stop jest przy piersi?!
Na całe szczęście w torbie mam laktator – jedną piersią karmię dziecko, z drugiej odciągam laktatorem. Sutki dość mocno mam już wymęczone, ale próbuję. Ściągam, ściągam i.. NIC! Ani kropli! Laktator nie zrobił się ani odrobinę mokry. Jak to możliwe? Przecież z Zosią miałam od razu rzekę mleka (btw. Przy wypisie Zośka miała większą wagę niż urodzeniową i niemal nie zaliczyła spadku). Nie ukrywam, że zaczęłam panikować. Minęło półtorej doby, a Misiek zmoczył delikatnie zaledwie jedną pieluszkę. W dodatku zmęczyło go to ciągłe ssanie i zaczął więcej spać niż ssać. Wiedziałam, że bez stymulacji piersi laktacja nie ruszy tak prędko.
Piątkowy wieczór Michał głównie płakał. Przystawiałam go do piersi, a on się zanosił od płaczu, nawet nie chciał jej złapać. Wiedziałam że jest głodny. Bałam się wołać położną, by nie skończyło się to butlą ze sztuczną mieszanką. A w tych wszystkich po porodowych emocjach i połogowych hormonach, kto wie czy bym się nie zgodziła na te słynne 30 ml, by tylko zaspokoić głód mojego malucha… Wybudzałam go kiedy tylko mogłam, w nocy nastawiałam budzik co dwie godziny, by przystawić go do piersi. Tej nocy – z piątku na sobotę – wysłałam do wszystkich moich bratnich laktacyjnie dusz wiadomość S.O.S. Ojcu R. niemal płakałam przez telefon, że nie mam mleka, że nie mogę wykarmić Michałka. Uspokajał mnie mocno we mnie wierzył. Zresztą, on już sam sporo wie o laktacji, ciągle mu o tym opowiadam. Więc spokojnie wszystko sam mi tłumaczył. Potem Karolina o trzeciej w nocy uspokajała moje skołatane nerwy, a w sobotę rano do akcji wkroczyła Magda – doradczyni laktacyjna. Zanim jednak Madzia się u mnie pojawiła, ponownie przyszła położna na ważenie noworodka. Kolejny raz -200g. Byłam podłamana do tego stopnia i tak bardzo zwątpiłam w moc swojego ciała, że w głowie miałam wizję chodzenia po oddziale z prośbą, by jakaś mama ściągnęła dla mojego dziecka odrobinę swojego mleka, bym mogła nakarmić głodnego syna. Tak bardzo rozczarowały mnie moje piersi! Wiecie jaka byłam sfrustrowana?!

Wtedy na własnej skórze poczułam to, z czym wy do mnie niejednokrotnie piszecie. I wcale mnie nie uspokajały zapewnienia osób trzecich o tym, że mleka jest wystarczająco, a niebawem pojawi się go wiele. Ojciec R. wciąż mi powtarzał żebym wyluzowała i że Michał dostaje tyle ile mu trzeba. Tylko dlaczego ja w to nie wierzyłam? Dlaczego z tyłu głowy miałam tą butelkę z mlekiem modyfikowanym? Dlaczego ta wizja wydawała się być dla mnie zbawienna? I przede wszystkim – dlaczego nie uwierzyłam w siłę swojego ciała, w swoje własne piersi?!

W sobotę rano przyszła do mnie Magda. Od razu zasypałam ją falą pytań o wędzidełko, o efektywne ssanie, o to że się nie najada i o to że nie mam mleka. Znamy się z Madzią, prowadziłyśmy nawet razem laktacyjne warsztaty. Nic więc dziwnego, że na tą moją panikę ona zareagowała śmiechem, który mnie nawet uspokoił. Dla formalności sprawdziła wędzidełko i zobaczyła jak przystawiamy się do piersi. Nie było niczego, co by mogło hamować moją laktację. Pozornie…
Tego dnia rano podczas obchodu poprosiłam o przygotowanie wypisu na żądanie – mojego i Michała. Dobrze się czuliśmy, nie było powodu by leżeć w szpitalnej Sali kolejną dobę. Problem był tylko taki, że Misiek jeszcze nie zaczął przybierać na wadze, a cały czas notował spadki… Po rozmowie z neonatologiem dostałam zielone światło na wypis, ale z koniecznością kontroli wagi malucha u swojego pediatry.
Jeszcze w szpitalu przystawiałam Michała naprawdę często, ale kompletnie nie czułam tego charakterystycznego mrowienia w piersiach przy napływie pokarmu. Laktator dalej nic nie ściągał, ale Michał już nie płakał. Ssał i spał.

Przyjechał po nas Ojciec R. zebraliśmy swoje rzeczy, poczekaliśmy na wypis i pojechaliśmy do domu. Gdy tylko zaparkowaliśmy pod blokiem, na okiennym parapecie stała już Zosia piszcząc ze szczęścia. To, jak bardzo mi ulżyło, gdy wróciłam do domu i ją zobaczyłam, tego nawet nie umiem opisać. Weszłam do domu, przytuliłam ją, moja głowa całkowicie wyluzowała i…? Dosłownie zalało mnie mleko! Michał nie nadążał jeść, laktator chodził na pełnych obrotach, zamrażarka zapełniała się woreczkami z żółtą siarą, a ja pierwszy raz w życiu doświadczyłam potężnego mlecznego nawału. Moje ciało zadziałało, trybiki ruszyły, mogłam wreszcie wykarmić swoje dziecko.

Myślę sobie, że te wszystkie doświadczenia, ta lekcja była mi bardzo potrzebna – żeby lepiej zrozumieć was, kobiety, którym na co dzień pomagam. Teraz mogę z czystym sercem powiedzieć, że naprawdę wiem co czujesz droga mamo, kiedy piszesz do mnie z prośbą o pomoc w laktacyjnych początkowych problemach. Doskonale rozumiem twój lęk i strach, wiem dlaczego myślisz o tej butelce i dokarmianiu. I teraz jeszcze mocniej będę cię wspierać, otoczę cię opieką i dam ci tyle empatii ile tylko potrafię z siebie wykrzesać. Jednego możesz być pewna – choćbyś ty zwątpiła w swoje ciało, ja będę wierzyła w twoje piersi, w mądrość Matki Natury, w całkowicie normalny i nienaruszalny przebieg laktacji. Jak widzisz za każdym razem laktacja może mieć inny przebieg. I niezależnie od twojej czy mojej wiedzy, zawsze może zaskoczyć, niekoniecznie pozytywnie. W tych hormonach i emocjach czasem każda z nas potrafi się pogubić. Ważne, by w swoim otoczeniu znaleźć kogoś, kto będzie służył nie tylko merytorycznym wsparciem, ale będzie potrafił zrozumieć twoją sytuację.

DSC_0515

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty