Część pierwsza TUTAJ

Po drodze raczej nie rozmawialiśmy, a ja potrzebowałam tej ciszy. Przed szpitalem powiedziałam jeszcze raz Ojcu R. o wszystkich moich obawach i lękach, a on kolejny raz dodał mi pewności siebie i otuchy, tak jak tylko on potrafi to robić. A ja mu wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, że będzie szybko, że dam radę.
Do szpitala weszłam pewnie i z uśmiechem, w myśl zasady, że to co dajemy innym do nas wraca – jeśli ja zaoferuję uśmiech, może ktoś go odwzajemni…? I tak było! Na izbie przyjęć doświadczyłam wiele empatii i zrozumienia. Trzymałam się dzielnie póki byłam w otoczeniu położnej. Gdy tylko zostawaliśmy sami – czy to w sali do KTG, czy w pustej poczekalni – rozsypywałam się na milion kawałków. I choć śmiałam się, bo Ojciec R. sypał żartami jak z rękawa, wewnątrz byłam zdruzgotana. Okropnie boję się szpitali, wszystkiego co z nimi związane. Nawet gdy przychodzi mi kogoś tylko odwiedzić, każda minuta w szpitalu odbija się jakąś traumą na mojej psychice. Jakież było moje zdziwienie, gdy cały personel traktował mnie jak człowieka! Być może widzieli przerażenie w moich oczach, a być może tak się tam traktuje wszystkie pacjentki. Od pierwszych chwil o wszystko mnie pytano, o wszystkim informowano, tłumaczono nawet w jakim celu pobierana jest krew.
Zostałam przyjęta, na rękę przypięli mi pasek z numerem, a przemiła położna zaprowadziła mnie na oddział patologii. Pacjentek na patologii ciąży było tyle, że miejsca dla mnie, i dla kilku innych spodziewających się dziecka mam, zabrakło, co sprzyjało zawiązaniu kilku nowych znajomości na szpitalnym korytarzu. Wreszcie rozlokowałam się w Sali, w której leżało już pięć innych kobiet. Och, jak bardzo mogłam się spełnić jako doula i promotor karmienia piersią! Wspierałam je, opowiadałam o porodzie, o kobiecej sile i pięknie. Mówiłam im o zaletach karmienia piersią, o tym dlaczego warto, gdzie szukać pomocy w razie potrzeby i o wszystkich tych problemach, z którymi wy do mnie piszecie. I choć próbowałam je przygotować na to co wszystkie je czeka, to teraz widzę, że było to dla mnie samej ogromne wsparcie psychiczne. Wreszcie głośno, pierwszy raz podczas tej mojej ciąży, wypowiedziałam to, co zawsze mówię moim ciężarówkom. Słowa otuchy i dobra energia wylewały się prosto z mojego serca. Dziewczyny pytały o co chciały, rozwiewałyśmy wszystkie wątpliwości i razem przeganiałyśmy ciążowo-porodowe strachy. Niesamowita terapia dla mnie samej.
Przyjechała położna z aparatem do KTG, podłączyła mnie, a ja z słuchawkami na uszach starałam się wyciszyć, odpocząć. I wtedy zaczęły mnie nachodzić ciepłe myśli, szczególnie o mojej rodzinie. Zo nie widziałam zaledwie od kilku godzin, a tak bardzo za nią tęskniłam. W głowie brzmiały mi słowa powtarzane wciąż przez mojego męża. Powinnam to napisać w poprzedniej części, bo tego wyraźnie tam zabrakło… Więc gdy minął termin mojego porodu od Ojca R. usłyszałam: „termin to tylko termin. Kiedyś kobiety nie chodziły do ginekologów, nikt nie wyznaczał im konkretnej daty. Mniej więcej wiedziały kiedy urodzą i czekały na poród. Ty też urodzisz wtedy, kiedy dziecko będzie gotowe”. Wiecie co znaczy usłyszeć takie słowa od własnego męża? Wiedzieć, że on jest spokojny, że wierzy we mnie, w moje ciało, że daje nam czas…?
Zapis KTG sobie leciał, ja nawet na chwilę zasnęłam. Wreszcie mnie odpięli, a do dziewczyny obok mąż przywiózł czteroletnią córeczkę. Aż mi serce ścisnęło z tęsknoty za moją Zo! Nigdy wcześniej nie rozstawałyśmy się na dłużej niż jedną dobę, a teraz w perspektywie miałam nie widzieć jej dobrych kilka dni. Z pomocą przyszła technika – prędko zadzwoniłam do mojej maleńkiej Zoni, mogłyśmy się widzieć i rozmawiać, to prawie tak, jak byśmy były razem. Uwierzycie, że tak bardzo podobało jej się z Tatą i dziadkami, że nawet o mnie nie pytała? Ani nie było płaczu za mamą, ani tęsknoty. Teraz widzę jak bardzo ten czas z Tatą był jej potrzebny – ogromnie się do siebie zbliżyli, złapali wspólny język i relację, jakiej dotąd nie mieli.
Obchód, wreszcie przyszedł lekarz – doktor K. Podekscytowana aczkolwiek zmęczona, mówię mu, że chciałabym już urodzić i jakie w związku z tym mają dla mnie plany. Usłyszałam oschłe „jutro przyjdzie ordynator to się zobaczy”. Jak to „się zobaczy”?! Halo? Ja tutaj przyszłam żeby zachęcili moje dziecko do wyjścia, nie po to by kolejny dzień leżeć i czekać na decyzję co dalej. Nie byłabym sobą, gdybym pozostawiła sprawy własnemu biegowi. Złapałam szybko za telefon, wybrałam numer do mojego doktorka. Nie odbiera. Dzwonię kolejny raz – cisza. Cierpliwie, no dobra, bardzo niecierpliwie czekam aż oddzwoni. Dzwoni! Odbieram, opowiadam całe zajście, mówię, że musi coś zrobić, bo ja chcę jutro urodzić. Wiecie co dostaję w odpowiedzi? „Niech się pani nie martwi, doktor K. rano schodzi z dyżuru i jak tylko go wymiecie ze szpitala, spotykamy się na porodówce”. Juhuuuu – jutro rodzę!

Ta noc była długa. Żar lał się z nieba nawet w nocy, żadnego wiatru, przewiewu. Spacerowałam trochę po korytarzu, nie mogłam zasnąć. Modliłam się do Świętego Ignacego – jest patronem matek ciężarnych i rodzących, o czym dowiedziałam się dosłownie w ostatnich kilku dniach ciąży. Wreszcie udało mi się zasnąć, by po kilku godzinach obudziły mnie… tak, skurcze! Były na tyle silne, że wyszłam ponownie na korytarz pospacerować. Porozmawiałam trochę z położną, zgodnie z jej radami położyłam się by jeszcze trochę odpocząć. Po kilkunastu minutach skurcze się wyciszyły. Byłam jednocześnie zawiedziona i uradowana. Rozczarowanie, że poród nie zacznie się naturalnie znów się pojawiło, z drugiej strony, cieszyłam się, że nie będę musiała się stresować o dojazd Ojca R. na poród – do szpitala mamy dobre 40 km. Zasnęłam, już całkiem spokojnie, bez stresu, bez obaw, błogo.

Rano zjadłam lekkie śniadanie, żołądek miałam tak ściśnięty, że nic konkretnego nie mogłam przełknąć. Czekałam na obchód i na przyjazd mojego doktorka do szpitala. Przyszedł do mnie ordynator, mówię mu, że kontaktowałam się z moim lekarzem, że obiecał mi dziś wyprawę na porodówkę. Ordynator zaśmiał się i powiedział „a pani myślała że przychodzi tu na wczasy? Tu się przychodzi, rodzi i wraca do domu z dzieckiem przy piersi” (powiedział „przy piersi”! Juhuuuu! ). Dodał też, że rozmawiał już z moim lekarzem, że ten bardzo ciepło o mnie wspominał i że najprawdopodobniej zaraz po badaniach i USG zabierze mnie na trakt porodowy.
Poszłam więc zając kolejkę do gabinetu badań. W międzyczasie przyjechał już Ojciec R. Razem czekaliśmy, a ja poczułam się dużo spokojniej, lepiej. W końcu był przy mnie mój mąż, mój anioł i obrońca, najbardziej bliska mi dusza. Podczas badania znów byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Badanie jak badanie – do przyjemnych nie należało, ale lekarz był tak delikatny, nawet przepraszał że jest to dla mnie niekomfortowe, ale musi dokładnie wszystko sprawdzić. Potem opowiedział mi o położeniu główki dziecka, o rozwarciu, o wszystkim co musiałoby się zadziać, żebym naturalnie urodziła. Ja powiedziałam mu o swoich obawach związanych z oksytocyną, przebijaniem pęcherza płodowego czy nawet cesarką, a on spokojnie wszystko po kolei mi wyjaśniał i uspokajał. Byłam w wielkim szoku! Wiecie jak jest, zazwyczaj w szpitalach badają, nic nie mówią, nie można się niczego o sobie dowiedzieć, a jakiekolwiek prośby o udzielenie informacji łączą się ze znaczącą odmową i wielkim fochem personelu. Tu było zgoła odwrotnie! Wyszłam z tego gabinetu jak na skrzydłach, uspokojona i usatysfakcjonowana wiedzą, jaką przekazał mi ordynator. Szybciutko pomknęłam na ostatnie USG, wody ok, łożysko ok, dziecko ok 3700g – pomyślałam sobie, że może nieco większe od Zoni, ale przecież za drugim razem powinno pójść łatwiej. Dam radę, nie? I wtedy wychodzę z gabinetu i na korytarzu spotykam mojego doktorka! Uczepiłam się go, powiedziałam że chcę natychmiast na porodówkę, że jestem zwarta i gotowa, i że ma mnie tam zabrać choćby nie wiem co. Jak mi polecił, szybciutko się spakowałam, pożegnałam z dziewczynami z sali i pomknęliśmy z mężem w stronę oddziału porodowego.

Oficjalna wersja była taka, że wysyłają mnie tylko na test oksytocynowy. Czyli na ogólnej sali porodowej podłączają mi kroplówkę, jak się zacznie coś dziać to przechodzę na salę do porodów rodzinnych, jak nie – odsyłają mnie znów na patologię i powtarzamy procedurę za dwa dni. Jakie dwa dni?! Nie wyjdę stąd dopóki nie urodzę! Od razu wysłałam Ojca R. by poszedł zapłacić za poród rodzinny, a sama pomknęłam porozmawiać z położną. I wiecie co? Znów na porodówce spotkałam kobietę – anioła! Wspaniała Pani Agata! Opowiedziałam jej o moich obawach, mówiłam że jeśli od początku nie będzie ze mną męża, to poród się nie zacznie. Wiedziałam to. Głowę miałam zablokowaną na samotny poród i tylko w objęciach Ojca R. mogłam wydać na świat naszego syna. Powiedziałam jej o tym że jestem doulą, wspomniałam o pierwszym porodzie, o moich oczekiwaniach wobec drugiego. Porozmawiałyśmy, zgodziła się, by nie robić samego testu, a wciąć mnie na wywołanie, tak naprawdę nieco wbrew zaleceniom z patologii. Chociaż cieszyłam się że mimo kończącego się 42. tygodnia lekarze nie mieli parcia na jak najszybsze wywołanie porodu, że dawali mi jeszcze czas, to bardzo chciałam urodzić już, teraz, zaraz. Po jednej nocy w szpitalu, nie liczyły się już marzenia o całkiem naturalnym porodzie, bez wywoływania kroplówkami, bez ingerencji osób trzecich. Nie miałabym sił leżeć i szpitalu i czekać na poród. Obiecałam sobie, że urodzę dzisiaj. Byłam na to w pełni gotowa.
Porozmawiałyśmy z panią Agatą, poznałyśmy się nieco. Omówiłyśmy różne znaczące kwestie, jak na przykład nacinanie krocza. Wiecie co mi powiedziała położna? Położna ze szpitala, o którym krążą wieści, że rutynowo nacinają… Sama urodziła dwójkę dzieci – przy pierwszym ją nacięli, przy drugim pękła sama. Po pierwszym porodzie dochodziła do siebie trzy tygodnie, by móc normalnie usiąść bez bólu i ciągnięcia. Po drugim, dwie godziny po wszystkim poszła na szybką kawę do szpitalnej kawiarenki. Przy Zosi byłam nacięta, więc nie wiedziałam co to znaczy rodzić bez nacinanego krocza. Położna wszystko mi wyjaśniła, że może to trwać dłużej, że być może będzie bardziej bolało, ale tylko chwilę. Zapytała mnie o moją decyzję – chciałam by było jak najmniej interwencji medycznych, ale zapewniłam ją, że jej ufam, że zaakceptuję każdą jej decyzję. To ona, położna, będzie prowadziła ten poród, to ona będzie kontrolowała sytuację. Naprawdę jej zaufałam i poddałam się jej wiedzy i doświadczeniu. Wiedziałam, że mogę.
Jako że jestem doulą, Agata zapytała mnie o plan porodu. Jakież było jej zdziwienie, gdy powiedziałam, że go nie mam. Rzuciła coś w stylu „szewc bez butów chodzi” i podała mi kartkę papieru i długopis. Poleciła mi, bym na spokojnie usiadła sobie sama w sali do porodów rodzinnych, opisała wszystko to co siedzi w mojej głowie, czego oczekuję. Odmówiłam, nie chciałam. Dlaczego? Bo z moich planów nic nie wyszło! Po co pisać plan czegoś, co tak naprawdę od samego początku nie było takie jak sobie tego życzyłam, jak planowałam całą ciążę. Agata uspokoiła mnie, jeszcze raz zachęciła do napisania planu porodu, podkreślając jakie to ważne.

W głowie od dawna miałam plan. Uszyłam sobie specjalną torbę do porodu, musiała być ogromna by pomieścić to moje niezbędne wszystko: klapki pod prysznic, ręcznik, chustę rebozo, białą czekoladę, wodę, wafle, ubranie moje plus ubranko dla synka, pomadkę do ust i wiele innych przydasiów. W wyobraźni widziałam siebie w porodzie kołysającą się na piłce, albo zawieszoną na chuście przewleczonej przez drabinki. Przeszkoliłam Ojca R. z przeciwucisków, z masażu. No wszystko było dopięte na ostatni guzik…
Usiadłam w tej zielonej sali, napisałam. Tonem proszącym wyraziłam chęć swobodnego poruszania się w czasie porodu, naturalnego parcia, ochrony krocza, kontaktu „skóra do skóry” zaraz po narodzinach dziecka, pierwszego karmienia. Wizualizacja przebiegu porodu ustabilizowała moje emocje. Teraz widzę, że Agata chciała mi rozluźnić głowę; wprowadzić mnie w mój własny porodowy świat, niezależny od jakichkolwiek interwencji medycznych, od lekarzy i szpitala. To był bardzo celowy, psychologiczny zabieg – i bardzo mi pomógł. Jak się potem okazało, Agata nawet nie zdążyła przeczytać tego mojego planu…

Godzina 11:05 – piszę do mamy SMS z informacją, że jestem na porodówce i z gorącą prośbą o modlitwę. O 11:15 pierwsza kropla oksytocyny spłynęła do mojego ciała. I tak podpięta pod KTG czekałam na zapis jakiegokolwiek skurczu. Ojciec R. drzemał na kanapie, ja przysypiałam na porodowym łóżku. Mój lekarz do mnie przyszedł, ale byłam tak bardzo śpiąca, że nie otworzyłam nawet oczu. Ojciec R. rzucił tylko, że chyba nic się nie dzieje skoro smacznie śpię… No i nic się nie działo. Bóle jak miesiączkowe, ale nic poza tym. Nawet już zaczynałam tracić nadzieję…

Ciąg dalszy wkrótce!

DSC_0440

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty