Ostatnie dni ciąży były koszmarne! Nie, nie dlatego że dokuczały mi upały, nie dlatego, że było mi ciężko z powodu nadmiernych kilogramów, nawet nie dlatego, że mój M. wciąż dawał o sobie znać ciągłym rozpychaniem nogami moich żeber. Nie przeszkadzał mi już tak bardzo ból rozchodzącego się spojenia łonowego, nawet ani przez chwilę nie bałam się porodu. Bo ja tak bardzo czekałam…

Byłam rozczarowana, zła na siebie, poirytowana. Zawodziło mnie moje własne ciało, moja wiara w Matkę Naturę była coraz słabsza. Miałam pretensje do samej siebie. Wciąż nie mogłam pozbyć się myśli: „co ze mnie za kobieta, skoro nawet nie potrafię naturalnie urodzić własnego dziecka”. Już z Zofią  poród był indukowany, teraz tak bardzo chciałam przeżyć go inaczej, naturalnie. Przez całą ciążę powtarzałam to jak mantrę – będzie naturalnie. I co…? Przecież od 28. tygodnia ciąży musiałam na siebie uważać, leżeć, odpoczywać, bo wizja urodzenia wcześniaka była coraz bardziej prawdopodobna. Słuchałam lekarza, pilnie stosowałam się do zaleceń. I tak drżałam o mojego syna, każdego dnia. Każdy najmniejszy skurcz czy ból w podbrzuszu powodował u mnie istny paraliż. I tak mijały dni, tygodnie. Im bliżej 38. tygodnia, tym byłam spokojniejsza.
Wreszcie weszłam w termin, wiedziałam że dziecko jest już rozwinięte, że poród teraz oznacza, że mój syn urodzi się gotowy do przeżycia poza moim brzuchem! Wiesz jaka to ulga dla matki? Wiedzieć, że dziecku już nic nie grozi, że nie będzie potrzebny ten inkubator, tygodnie spędzone w szpitalu. I ta świadomość, że zaraz po porodzie będę mogła przystawić go do piersi, a on będzie umiał ssać i przełykać, że jego odruchy są wykształcone. Kupiłam walizkę, skończyłam kompletować naszą mini wyprawkę, spakowałam torbę do szpitala, a Ojciec R. pilnował, by samochód zawsze był zatankowany i gotowy do wielkiej chwili. Teraz pozostało mi tylko oczekiwanie…

Zaczęły się wizyty w szpitalu, na KTG żadnych skurczy. Nic. Nie miało znaczenia czy to był 39. czy 41. tydzień ciąży. Wciąż zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że mój syn, który miał urodzić się za wcześnie, teraz, kiedy już może, nie chce się rodzić? W głowie wciąż towarzyszyła mi myśl – „to dziecko zaczyna poród, nie ty”. I próbowałam się tego trzymać, choć było mi tak trudno…

Kilka razy czułam że to „już”. To znaczy wiedziałam, że to nie są bóle porodowe, ale moje samopoczucie wyraźnie wskazywało na rozpoczynający się poród. Skurcze przepowiadające były bardzo intensywne i regularnie przybierały na sile i częstości. Było już tak obiecująco, że nawet ściągnęłam sobie porodową aplikację, by monitorować skurcze. Byłam pewna że się rozkręci, bo dawało mi niesamowicie w kość. I kiedy skurcze naprawdę stały się mocne, a ja podekscytowana brałam prysznic i kładłam się do łóżka, by jeszcze odpocząć przed wielką chwilą, wszystko się nagle wyciszyło… Teraz wiem, że wszystko to było bardzo potrzebne, choć w tamtej chwili znów zalała mnie fala rozczarowania, pretensji i żalu, a w oczach miałam morze łez.

Dookoła same pytania „jeszcze nie urodziłaś?”, „no ileż można być w ciąży?”. Nawet moja najbliższa rodzina zaczęła we mnie wątpić, powtarzając mi, że tydzień po terminie to czas na stawienie się w szpitalu. A ja nie czułam niepokoju, wiedziałam że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Chciałam dać i dziecku, mieszkającemu pod moim sercem, i sobie jeszcze odrobinę czasu. Dużo rozmawiałam z moim synem. Namawiałam go do wyjścia, opowiadałam mu o pięknym świecie jaki czeka go po drugiej stronie. Zapewniałam go o mojej miłości, mówiłam o bezpiecznych ramionach Ojca R., o zniecierpliwionej siostrze i o najlepszym mleku jakie go czeka zaraz po wyjściu.
Wszystkie zasady „5 x S” – Seks, Skakanie na piłce, Sprzątanie, Schody i Spacery – nie zadziałały. Próbowałam też akupresury, relaksacyjnej muzyki, rozluźniającej kąpieli. Nawet chciałam zgłębić się w techniki hipnoporodu, ale okazało się to być dla mnie nie odpowiednie. Nic, no NIC nie było w stanie skłonić mojego ciała i mojego syna do współpracy. Upiekłam nawet „murzynka rozpakowywacza”, ale Michał nie chciał wychodzić… Płakałam, ciągle płakałam.

Dla uspokojenia otoczenia poprosiłam mojego lekarza o ostatnie USG, o ocenę łożyska, wód płodowych. To był poniedziałek, trwał 42. tydzień. I choć tego dnia powinnam była jechać spakowana do szpitala, zrobiłam tylko zapis KTG, podziękowałam za hospitalizację i pomknęłam do ginekologa. A tam doznałam ogromnego pozytywnego zaskoczenia. Dlaczego…?
Na początku tej ostatniej ciążowej wizyty usłyszałam „powinna się pani stawić do szpitala, ja panią tam kieruję”. To było jak ukłucie w moje doulowe serce – przecież tak chciałam rodzić w pełni naturalnie. Szpital oznaczał dla mnie ciągłe badania, monitorowanie mnie i mojego dziecka, kroplówka, oksytocyna, przebijanie pęcherza płodowego. Takie miałam wspomnienia z pierwszego porodu. Wzierniki, narzędzia, leżenie pod KTG. Same złe myśli mnie otoczyły. Z drugiej strony czułam wewnętrzny spokój, towarzyszyła mi pewność siebie. Postanowiłam jednak o nas zawalczyć, porozmawiać z lekarzem nie jak z ginekologiem, który musi trzymać się kurczowo przepisów i zaleceń, a jak z człowiekiem który sam jest ojcem, z kimś kto mnie zrozumie, wysłucha, pozna moje obawy i nadzieje. I tak pierwszy raz poczułam, że lekarze wcale nie są w opozycji do moich przekonań i oczekiwań wobec przebiegu porodu. Zrobiliśmy USG, mój doktorek dokładnie wszystko mi pokazał, zbadał, opowiedział. Zrozumiał mnie, dał mi jeszcze dwa dni. Te dwa dni napawały mnie nadzieją, że poród zacznie się sam, bez niczyjej ingerencji…

W oczekiwaniu na pierwsze skurcze, przez te dwa dni myłam podłogi na kolanach, odkurzałam pięć razy dziennie cały dom, grabiłam skoszoną trawę, a na koniec walczyłam z chwastami na działce. Miałam wrażenie, że im więcej wkładam wysiłku w przyspieszenie porodu, tym bardziej on nie nadchodzi… Odpuściłam.
Ostatni wieczór w domu to były łzy, strach przed szpitalem (mam totalną nosokomefobię). Ostatnie przytulasy z moją – dotąd maleńką – Zo. W głowie chaos. A najlepszym lekarstwem na usystematyzowanie myśli i uspokojenie ambiwalentnych odczuć i emocji okazała się rozmowa z drugą doulą, moją ciążową i laktacyjną bratnią duszą – Karoliną. Powiedziała mi wtedy jedno ważne zdanie – „w szpitalach też dzieją się piękne rzeczy”. Wtedy jeszcze jej nie wierzyłam, nie wiedziałam, że będzie miała rację…
Starałam się zasnąć, modliłam się, z nadzieją czekałam na jakikolwiek skurcz. A może jeszcze zdążę? Może jeszcze mi się uda urodzić siłami natury…? Nic. Cisza.
Wtedy zrozumiałam, że nie mogę walczyć ze szpitalem za wszelką cenę. Że jadę tam po to, by pomogli mnie i mojemu dziecku, które z jakiegoś powodu nie chce się samo narodzić. Wiedziałam że 42. tydzień dobiega końca, że to najwyższa pora na poród. I powoli otwierałam głowę na to, co miało przyjść. Dla moich oczekiwań to była istna transformacja – z moich marzeń o porodzie domowym nie zostało nic, z marzeń o porodzie naturalnym też. Musiałam zaakceptować nie tylko poród szpitalny, ale i poród z interwencjami medycznymi, których tak bardzo się bałam. Bo każda interwencja oznaczała dla mnie kaskadę, co według moich myśli, prowadziło tylko do cesarskiego cięcia. A właśnie cesarki bałam się najbardziej…

Rano, już pozbawiona nadziei na naturalny obrót sprawy, dzielnie spakowałam ostatnie rzeczy, ze łzami w oczach pożegnałam Zo. O dziwo dla niej mój wyjazd do szpitala by urodzić Michałka, był całkowicie normalny. Nie było z jej strony smutku, co więcej, pochłonięta zabawą z babcią nie bardzo miała czas, żeby się ze mną pożegnać. Odjeżdżając spod domu nie dałam się opanować łzom i ponieść negatywnym emocjom, choć tak bardzo miałam ochotę się poddać. Powtarzałam sobie, że muszę być silna! W końcu przede mną kolejne najważniejsze zadanie życia. Zjedliśmy z Ojcem R. ostatnie lody i ruszyliśmy do szpitala…

C.D.N…

DSC_0442

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty