Jestem w ciąży! Wspaniale! Początkowym euforiom nie było końca. A gdy już potwierdziłam obecność dziecka u lekarza, gdy zobaczyłam jego bijące serduszko… Pojawiły się obawy. Wiecie, że niewiedza czasem jest błogosławieństwem? W pierwszej ciąży niewiele wiedziałam o możliwych chorobach, o objawach, o samej ciąży. Brałam na wiarę wszystko to, co mówi do mnie położna, wierzyłam słowom lekarza i tym żyłam. Teraz było o wiele trudniej. Prawdziwe apogeum mojego strachu nastąpiło, gdy realnie stwierdzono zagrożenie dla mojej ciąży. A po pobycie w szpitalu została mi trauma.

Jeśli znasz pierwszą część historii o zakończeniu naszej drogi mlecznej [klik] to wiesz, że już raz odwiedziłam szpital. W niedzielne popołudnie zaniepokojona zadzwoniłam do lekarza. Powiedziałam mu o porannych plamieniach, o tym że powtórzyły się po południu raz jeszcze. Jedyne co mógł mi zaradzić, to natychmiast stawić się na izbie przyjęć. Odłożyłam telefon, a łzy leciały mi jak grochy. Na słowo „szpital” zawsze wpadam w panikę, zawsze. Powiedziałam Ojcu R. że musimy jechać. Celowo nie zabrałam nic ze sobą, wiedziałam, że nie mogę zostawić tak Zo i zostać na kilka dni w szpitalu. Chwyciłam kartę ciąży, pożegnałam się z Zo, tłumacząc że musimy jechać sprawdzić co się dzieje z dzidziusiem. Jadąc autem byłam niemal sparaliżowana ze strachu. Zadzwoniłam po pomoc do kobiet mających doświadczenia nie tylko z nieznacznymi plamieniami, ale i krwotokami, i – niestety – poronieniami. Potrzebowałam nie tylko wsparcia, ale i informacji. Przygotowały mnie. Wiedziałam, że jeśli cokolwiek ma nastąpić to i tak nastąpi. Wiedziałam, że tak naprawdę lekarze są bezsilni, a medycyna na tym etapie ciąży w żaden sposób nie zapewni mi utrzymania dziecka przy życiu w razie poronienia.
Ze łzami w oczach stawiłam się na izbie przyjęć, od razu zaznaczając, że nie mogę zostać w szpitalu, ale muszę być zbadana, bo coś jest nie tak. Za chwilę zszedł z oddziału młody lekarz. W gabinecie wszystko mu opowiedziałam, o sporadycznych plamieniach, o tym że karmię piersią. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu pogratulował wyniku, powiedział, że nie widzi przeciwwskazań do dalszego karmienia ale tylko wtedy, gdy i ja ich nie widzę i gdy nic mnie nie niepokoi. Po badaniu ginekologicznym i USG miałam już pewność, że z dzieckiem wszystko w porządku. Co jednak nie wyjaśniało do końca skąd pochodziły plamienia. Doktor nie widział nic niepokojącego, zlecił przyjmowanie witaminy C i odpoczynek, przy jednoczesnym zaznaczeniu – jeśli cokolwiek będzie się działo, jeśli plamienia się powtórzą, od razu ze spakowaną torbą do szpitala.
Odetchnęłam, wróciłam do domu. Wtedy po raz ostatni nakarmiłam Zo. Długo nie mogłam zasnąć, modląc się i zastanawiając co będzie dalej… Ta domowa sielanka szybko się skończyła. Rano plamienia znów wróciły, a ja nie miałam już żadnych nadziei, że będę mogła wrócić od lekarza do domu. Z płaczem pakowałam szpitalną torbę, co chwilę przytulając Zo bawiącą się w najlepsze. Nie mogłam się od niej odkleić, czułam, że prędko się nie zobaczymy. To było okropne, jakby zabierano mi moje serce, kawałek mojej duszy…

W szpitalu zderzenie z rzeczywistością – ciężarne stojące w kolejkach, czekające kilka godzin na odprowadzenie na oddział. Obok na korytarzu rodzice z noworodkami czekającymi na USG bioderek. Wszędzie szczęśliwe mamy, wszędzie słychać było płacz dzieci. A ja siedziałam tam ze świadomością, że być może tym razem ja tego płaczu nie usłyszę, że stracę moje maleńkie dziecko… Nie potrafiłam nie płakać. Ojciec R. uspokajał mnie wciąż przytulając, mówiąc że ciągłym płaczem i stresem tylko sobie szkodzę…
Lekarz mnie nie oszczędzał, powiedział mi rzetelnie prawdę o którą prosiłam – wolałam wiedzieć wprost, niż pokładać jakieś nadzieje. Usłyszałam, że każde plamienie z dróg rodnych zwiększa ryzyko poronienia czterokrotnie, że jestem w grupie ogromnego ryzyka, że najczęściej niestety, plamienie kończy się poronieniem. Powiedział też, że jedyne co może zrobić, to dać mi leki, które na pewno mi ani dziecku nie zaszkodzą, ale jeżeli ma dojść do poronienia, to i nie pomogą. Zaczął do mnie mówić o naturze, o wadach genetycznych, o tym że organizm sam reguluje niektóre kwestie. Przecież znałam to. Na co dzień mam do czynienia z kobietami czy to karmiącymi czy ciężarnymi, nie jedną matkę wspierałam w poronieniu, w chwilach strachu i zwątpienia. Ale sobie nie potrafiłam pomóc, wytłumaczyć, zrozumieć.

Życie potrafi zaskakiwać. Po raz kolejny się o tym przekonałam trafiając na jedną z sal na szpitalnej ginekologii. To nie jest dobry oddział, nie dla ciężarnych kobiet. W mojej sali leżały jeszcze trzy kobiety, jedna ze zdrową ciążą, choć z podejrzeniem cukrzycy. Dwie kolejne płakały, gdy wchodziłam na salę. Pośpiesznie zapytały mnie dlaczego trafiłam do szpitala. Opowiedziałam im moją historię, na co jedna stwierdziła: „u mnie też tak się zaczęło…”. I już byłam pewna, poroniła. Dostałą leki, czekała na łyżeczkowanie macicy i wciąż płakała. Była w tym wszystkim sama, nikt jej nie odwiedził. Druga kobieta przeżyła w szpitalu istny koszmar. Po latach starań o dziecko, gdy wreszcie się udało pojawiły się krwotoki. Lekarze orzekli „już po wszystkim”. Po dwóch dniach zrobiono jej USG mówiąc, że dziecko żyje, że ma się dobrze, dając nadzieję na zdrową ciążę. Następnego dnia, właśnie tego którego ja trafiłam do tej sali, przy mnie dostała krwotoku. Położne najpierw ratowały ją w sali, potem szybko przewieziono ją do gabinetu zabiegowego. Kiedy ponownie ją przywieziono, była nieobecna, jakby nie ona… I ja, doula, nie umiałam ani słowem ani gestem, nie potrafiłam w żaden sposób jej pomóc. Bo zrozumiałam, że żadne słowa nie są w stanie ukoić jej bólu.
To ja sama potrzebowałam pomocy. Tego dnia nic nie wzięłam do ust, żołądek miałam zaciśnięty. Przeżywałam psychiczne tortury leżąc na jednej sali z kobietami, które właśnie straciły swoje dzieci. Jak miałam myśleć pozytywnie, skupić się na sobie i swoim dziecku, gdy wokół mnie działy się tak okropne rzeczy?! Jak miałam się od tego odciąć, wyciszyć, pozbawić stresów?! To była dla mnie wycieńczalnia psychiczna!
Pojawił się kolejny problem – laktacja. Do tej pory regularne trzy karmienia na dobę zapewniały komfort moim piersiom. Pakując się w pośpiechu całkiem zapomniałam o laktatorze. Po pomoc udałam się do dyżurki. Mówię pani że karmię, że zapomniałam laktatora, że ręcznie nie jestem w stanie odciągnąć, że bolą mnie piersi, bo od doby nie karmiłam. Wzruszyła ramionami, powiedziała, że nie mają na ginekologii laktatora i że dotąd nikt go nie potrzebował. Kiedy poprosiłam o pożyczenie laktatora z położnictwa zostałam wyśmiana…
Delikatnie masowałam piersi, by nie dopuścić do zastoju, który już czułam w lewej piersi. Potrzebowałam natychmiast laktatora, a najlepiej dziecka. Ojciec R. miał mi przywieźć i dziecko i laktator dopiero w południe następnego dnia. Nie miałam wyjścia, musiałam to przetrwać.

W nocy nie zmrużyłam oka. Z jednej strony niesamowicie tęskniłam za Zofią, jak najszybciej chciałam wyjść do domu. Z drugiej wiedziałam, że muszę tu zostać i muszę leżeć. Ale z godziny na godzinę miałam wątpliwości, coraz mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że przebywanie tutaj, w tym szpitalu, bardziej mi szkodzi niż pomaga… Byłam słaba, wycieńczona. Nie mogłam ani jeść ani pić. Przepłakałam całą noc modląc się by jak najszybciej opuścić szpital.
Rano na obchodzie spytałam lekarza kiedy mogę wyjść, powiedział wprost, że prędko mnie nie wypuszczą. Obiecano mi tego dnia USG i badanie ginekologiczne. Pilnowano mnie bym nie siedziała na łóżku, wstawała tylko do toalety i leżała plackiem. Atmosfera w sali i na oddziale była fatalna. Wciąż tylko słychać było historie, że ta kobieta poroniła, ta urodziła martwe dziecko, tą przywieźli z krwotokiem i ledwo ją odratowali… To nie jest dobry oddział dla kobiet walczących o utrzymanie ciąży. Może gdyby położono mnie na salę z kobietami które też walczą, które odpoczywają, myślą pozytywnie, czekają na jakiekolwiek wieści. A mnie już nic nie było! Plamienia już się nie pojawiły, nie odczuwałam żadnych bóli. Ale ryzyko nade mną wisiało jak kat. Z tyłu głowy wciąż obijała mi się myśl „musisz tu zostać i leżeć, dla dobra dziecka”.
Podczas badania USG doktorka zapewniła mnie, że z dzieckiem jest jak najbardziej wszystko w porządku, rozwija się prawidłowo, serduszko bije miarowo, wszystko jest w porządku. To dodało mi otuchy. Zadzwoniłam do Ojca R. i oznajmiłam – „wypisuję się”. Czekałam tylko na badanie ginekologiczne, którego doczekać się nie mogłam… Gdy wreszcie złapałam lekarza, kierownika oddziału ginekologicznego, poprosiłam o chwilę rozmowy. Powiedziałam że chciałabym wyjść, że bycie tutaj wybitnie mi się służy, poprosiłam by zajrzał w moją kartę i wypowiedział się na temat mojego stanu zdrowia i ewentualnego wyjścia. W odpowiedzi dostałam, że to nieodpowiedzialne, że wczoraj mnie przyjęto a dziś już chcę wyjść, i – uwaga – że nie dostanie zwrotu z NFZ jeśli będę tu leżała krócej niż trzy doby. Mojej karty nawet nie otworzył, ba… Nawet na mnie nie spojrzał – rozmawiał ze mną stojąc do mnie plecami. Wyszłam z jego gabinetu i poczułam się tak bardzo bezsilna! Płakałam siedząc na szpitalnym korytarzu, gdzie z psychologiczną pomocą przyszła do mnie salowa. Tak salowa. Okazała mi więcej empatii niż lekarze i położne razem wzięci.

To była bardzo mądra kobieta. Nie ocierała moich łez, wiedziała że są mi potrzebne. Ale dała mi wiarę w siebie. Powiedziała to, co ja wciąż powtarzam innym kobietom: „zaufaj sobie, swojemu ciału, sama wiesz co dla ciebie najlepsze”. Bo ja o tym ba chwilę zapomniałam. Słuchałam rad wszystkich dookoła, a zapomniałam spytać się samej siebie, co mi lepiej zrobi – pozostanie w szpitalu, ciągły płacz i tęsknota za dzieckiem, czy powrót do domu, do własnego łóżka, do córki i męża. Starsza salowa opowiedziała mi swoją historię, sama pierwsze dziecko poroniła, z drugim zaszła w ciążę już 6 tygodni od straty poprzedniego. Nie zamknęła się, zaufała Naturze i Bogu. Powiedziała mi że teraz ja sama nie mam już na nic wpływu, a jedynie mogę pogorszyć swoją sytuację ciągłym płaczem i stresem. Ta kobieta wlała we mnie nowe siły, otworzyła mi umysł na moje ciało, pozwoliła mi zobaczyć samą siebie w innym świetle. I choć poczułam się nieco lepiej, potrzebowałam lekarskiego potwierdzenia, że nic się nie dzieje, że mogę wyjść do domu. Nie poddałam się tym razem, szukałam dalej. Znów zapukałam do gabinetu lekarskiego, tym razem zastałam lekarza o nie znanej mi dotąd twarzy. Patrzył mi prosto w oczy od momentu gdy otworzyłam drzwi. Usiedliśmy, czułam szacunek i chęć pomocy z jego strony, opowiedziałam mu całą moją historię, łącznie z ogromną tęsknotą za Zo i bolącymi piersiami. Zrozumiał mnie. Wypisał mi receptę na leki, poinstruował, o wszystkim poinformował. Bardzo mnie uspokoił. Na sam koniec „załatwił” mi jeszcze badanie, bo przecież w popołudniowych godzinach nikt już nie robi badań (które powinnam mieć z samego rana!). Poszedł ze mną do dyżurki pielęgniarek, tam wypisałam się na własne żądanie. Miałam obawy, ogromne. Wiedziałam jednak, że nie będzie dobrze jeśli zostanę w tym szpitalu…

Po niecałych dwóch godzinach przyjechałam do domu. Miałam to szczęście, że Ojciec R. mógł zostać z nami kilka dni, na które ja zaległam plackiem w łóżku. Jednak ciągle leżąc też nie czułam się dobrze, potrzebowałam ruchu. Po dwóch dobach zaczęłam wracać do życia. Dałam sobie czas na regenerację i odpoczynek. Psychicznie nie mogłam dojść do siebie. Przeżyłam ogromny stres, połknęłam tonę strachu. Miałam jakąś traumę. Płakałam, gdy tylko opowiadałam komuś co mnie w szpitalu spotkało. Jeszcze bardziej przeżywałam historię tej kobiety, której dano nadzieję, ale wsparcia po stracie dziecka już nie uświadczyła. Nie mogłam się pogodzić z jej bólem, jej tragedią. Wyrzucałam sobie też, że nie potrafiłam jej pomóc. To takie niesprawiedliwe! Zrzucano na nią winę za stratę dziecka, za „uświnienie leżanki w zabiegowym” kiedy dostała poronnego krwotoku. Mówiła, że usłyszała od położnych „nie potrafiła utrzymać dziecka w brzuchu tylko spuściła je w kiblu”… To jest przerażające!

Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo docenia się pewne rzeczy dopiero wtedy, gdy nie ma się ich na co dzień. W szpitalu spędziłam pierwszą noc bez dziecka. Pierwszą noc, którą mogłam spokojnie przespać, całą, pierwszy raz od trzech lat. Nie udało się. I wciąż zdecydowanie wolę budzić się, sprawdzać czy Zo jest przykryta kołdrą, tulić ją gdy obudzi się z płaczem… Nieoceniona okazała się pomoc R. Zwykłe podanie śniadania do łóżka, zrobienie herbaty, pamiętanie o urozmaicaniu diety witaminami – to było dla mnie ogromne wsparcie. I wreszcie mogłam w zaciszu własnego domu przytulić się do męża, bez słów wypłakać wszystkie swoje smutki i traumy. Gdyby nie to wsparcie nie wiem jak udźwignęłabym to psychicznie.
Całe szczęście wszystko wróciło do normy. Przez długi czas byłam przyjmowałam leki na podtrzymanie ciąży, uważałam na siebie. Musiałam całkowicie zrezygnować z karmienia piersią, z czym do tej pory nie jest mi łatwo się pogodzić.Najważniejsze, że z naszym dzieckiem wszystko jest w porządku!

W sumie w szpitalu spędziłam 30 godzin. Trzydzieści godzin, z których każda minuta napawała mnie strachem i bólem. Nie tylko z powodu mojej sytuacji. Chłonęłam wszystkie emocje jak gąbka. Może gdyby inaczej to wszystko było zorganizowane, może gdyby przejmowano się stanem psychicznym pacjentek. Gdyby potraktowano każdą z nas jak kobietę będącą w strachu o życie własnego dziecka, a nie jak kolejną pacjentkę do przetrzymania, ewentualnego wyskrobania i szybkiego wypisania… A jedynym człowiekiem okazującym serce na tym oddziale była salowa, której jestem ogromnie wdzięczna za okazane wsparcie. Gdyby nie ta Pani, ta historia mogłaby skończyć się zupełnie inaczej. Jestem pewna, że szpitale są pełne aniołów, nie koniecznie chodzących w białych kitlach…

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty