Zośka wybudza mnie z głębokiego snu. Kurczę, to kolejny raz tej nocy! Przecież pół godziny temu też się karmiłyśmy. Nie dam już dłużej rady. Karmię od niechcenia. Zasypiając obmyślam plan jak oduczyć dziecko wstawania w nocy. Na pierwszy rzut idzie tekst „cycusie śpią”. O, znów się obudziła! Tym razem ograniczam dostęp do piersi mówiąc: „Cycusie już śpią, idź spać”. Nigdy nie zapomnę wrzasku, jaki towarzyszył nam tej nocy…

Może się nie najadła na kolację, dlatego tak często wstaje w nocy?
Następny wieczór upłynął nam na czytaniu, oglądaniu bajek, zagadywaniu i wszystkich tego typu czynnościach, przy których dziecko cokolwiek weźmie do ust i zapomni wypluć, finalnie przełykając. Kasza, kanapeczka, jogurcik, jajecznica, cokolwiek. Najadła się, wypiła nawet prawie całe kakao. Przed snem rytualne karmienie z pięciokrotną zmianą piersi. Podczas zasypiania tłumaczę, że tak samo jak Zosia, cycusie też idą spać. Jeśli wstanie
w nocy będzie mogła się do mnie przytulić, a obok będzie stała woda, gdyby chciało się jej pić. Kiwa głową w geście zrozumienia (a może politowania?). Zasypia. Dwie godziny później budzi się po raz pierwszy. Udaje mi się utulić ją do snu bez piersi. I gdy już zaczynam świętować swój maleńki sukces, po pięciu minutach budzi się z donośnym „maaaaamoooooo”. I już wiem, że nie będzie łatwo. Do akcji wkracza smoczek, który ląduje daleko pod szafą. Pytam czy chce wody i niepewnie podaję bidon. I tu rozpoczyna się histeria, koncert i awanturka w jednym. Szybko orientuję się, że nie jest gotowa na tak restrykcyjną zmianę nawyków. Kładę się obok, podaję pierś. Po kilku minutach odwraca się na drugi boczek i błogo zasypia.

Noc upływa nam z pobudkami co dwie godziny. Z zegarkiem w ręku. To i tak sukces, biorąc pod uwagę, że był czas, gdy wstawała po 15 [słownie: piętnaście] razy w nocy – podczas ząbkowania. Od rana pierś w buzi. Zanim wstaniemy z łóżka, wylegujemy się, wciąż karmiąc. I tak od pierwszego karmienia do tego na dobranoc, jest niezliczona ilość dziennych karmień. W zależności od humoru, nastroju, pogody czy mojego ubrania, ilość karmień jest regulowana przez moje dziecko. Halo, halo? Jest już duża, powinnam ograniczyć jej karmienia do maksymalnie trzech w ciągu dnia
i jednego nad ranem w nocy. Przecież nie może jeść piersi kiedy chce! Oooo nie! Miarka się przebrała. Już ja sobie z tobą poradzę, mój mały ssaku.

Zosia nagle stała się innym dzieckiem. Wrzeszczała (dużo bardziej niż zwykle), miała napady wielkiej złości i histerii. Była rozdrażniona, nie wiedziała czego chce, ani czego nie chce. Walki trwały do momentu, gdy zaczęła płakać, naprawdę płakać. Nie w głos, a cicho. Z tęsknotą w głosie. W oczach miała łzy jak grochy. Patrzyła na mnie tak, jakbym zabrała jej całą siebie, całe poczucie bezpieczeństwa. Jakbym odebrała jej jedyną ostoję.
Nie mogłam jej tego zrobić, przytuliłam mocno do siebie i głaszcząc karmiłam ją piersią. Po tych próbach ograniczenia karmienia piersią, karmień było jeszcze więcej. I w dzień i w nocy. Jakby chciała nadrobić to co straciła, co więcej, miałam wrażenie, że chce nacieszyć się piersią jakby na zapas. Wyrzuciłam z głowy przeświadczenie, że MUSZĘ ograniczyć karmienie. Tą lukę zastąpiła wiara w naturę. Postawiłam na potrzeby mojego dziecka – skoro domaga się piersi, to znaczy że jej potrzebuje. Teraz już nie muszę jej karmić, ale robię to, bo chcę zaspokoić jej pragnienia…

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

Jestem naprawdę zmęczona i sfrustrowana. Zaczynam jakąkolwiek pracę, za pięć minut muszę ją przerwać, bo moja córka jest głodna. No tak, znowu nie zjadła ani śniadania, ani obiadu. Pogrzebała łyżką w zupie, pogryzła ziemniaka i kalafiora, po czym oddała go na talerz w postaci niemalże zblendowanej. Co prawda w nocy lepiej śpi, bo wstaje dwa, czasem trzy razy, ale w dzień dalej mam niemalże piersi na wierzchu.
Ojciec R. w końcu zabiera swój głos z naszym karmieniu. Mówi, że tak się dłużej nie da, że to niedobrze, że tak duże dziecko jest wyłącznie na piersi. Ja staję w obronie mojej laktacji jak lwica, rzucając mu morze argumentów o tym jakie długie karmienie piersią jest dobre, jak to wartościowe mleko jest nawet w trzecim roku życia dziecka, jak ważne to dla mnie i dla małej Zo. Temat teoretycznie zostaje zamknięty, a w praktyce wciąż myślę o odstawieniu dziecka od piersi. Myślę o tym, ale naprawdę tego nie chcę. Odstawienie odbieram jako moją porażkę…
Zaraz zaraz, przecież nie muszę jej całkiem odstawiać, prawda?

Razem z Ojcem R. doszliśmy do porozumienia i obraliśmy wspólny front. Byłam bliska szaleństwa, więc dla mojego zdrowia psychicznego zaczęłam ograniczać dostęp do piersi, rekompensując bliskość przytulaniem. Początki były bardzo, baardzo trudne. Jak nam poszło?

DZIEŃ 1

Zo domaga się piersi co 5 minut. Wystarczy że nie jest czymś zajęta, że ją coś zdenerwuje, wystraszy, sfrustruje. Przybiega prosząc o pierś. Dostała ją rano i za każdym razem tłumaczę, że cycusie teraz sobie odpoczywają, ale znów dam jej mleczko przed drzemką. Płacze. Chyba jest głodna, na pewno jest głodna. Każda próba jakiegokolwiek posiłku kończy się fiaskiem, czyli wszytko jest porozrzucane wszędzie, a w najlepszym wypadku nadgryzione i wyplute.
Moje piersi są jak kamienie, twarde, wielkie, pełne. Niczym w poporodowym nawale. Karmienie w południe zaraz przed drzemką jest dla mnie zbawienne, ale mimo wszystko Zo nie opróżnia całkiem piersi z mleka. Do wieczornego karmienia sytuacja się powtarza. Ledwo daję radę, czuję totalny dyskomfort.
Finalnie Zośka tego dnia zjadła 3 razy pierś, nie zjadła kompletnie nic innego i nawet nie chciała napić się wody.
W nocy odbija sobie ograniczanie piersi w dzień, wstajemy co godzinę.

DZIEŃ 2

Karmimy się w łóżku, tłumaczę, że cycusie znów się pojawią przed drzemką, co odbija się głośnym protestem. Coś tam skubnęła na obiad, wieczorem nawet zjadła małą kiełbaskę i popiła kubkiem ciepłego kompotu, ale tak się przy tym wściekała, że zaraz wszystko zwymiotowała.
Karmień w dzień było 4. Wciąż cierpię na nadmiar mleka w piersiach.

DZIEŃ 3

Wyjeżdżam na pół dnia. Okazuje się, że można zjeść normalne śniadanie, na dokładkę wypić całą butlę jogurtu i kilka kubków wody. Już nie upomina się tak często o pierś, a gdy to robi, zajmuję ją czymś innym. Pojawiła się u niej potrzeba częstszego przytulania i stała się bardzo tatusiowa. Noce wciąż ciężkie, ale będzie lepiej.

Każdego kolejnego dnia było lepiej. Dziś mija dwa i pół tygodnia, odkąd wprowadziliśmy w życie nowy system karmienia. Jak się z tym czuję?
Odzyskałam spokój wewnętrzny. Nie drażni mnie karmienie, nie drażni mnie dziecko (aż tak bardzo 🙂 ) Dogadałyśmy się i obie zaakceptowałyśmy takie rozwiązanie. Nabrałam pewności, że spokojnie mogę zacząć pracować, zostawić dziecko w domu na 6 – 8 godzin, a ono nie będzie dogorywać z głodu. Nie mogę powiedzieć, że się uwolniłam, bo to złe słowo. Ale poczułam się lżej, mniej obciążona. Mój organizm przystosował się już do tego rytmu dziennego karmienia. Nie czuję napięcia w piersiach, nie czuję też że mam w jakiś sposób tego pokarmu mniej. Po prostu jest go tyle ile potrzeba i wtedy kiedy trzeba. Natura wie co robi… 🙂
Dojrzałam do ograniczenia karmienia, naprawdę. Wcześniej czułam obowiązek karmienia na żądanie. Skoro jestem z dzieckiem w domu, to przecież powinnam się poświęcić całkowicie. Myliłam się, a skutki takiego myślenia wpędziły mnie nie tylko w poczucie winy, ale i bezsilności. Jakbym kompletnie nie panowała nad swoim ciałem i życiem. A co z dalszym planowanym długim karmieniem? Przecież oddałam decyzję o zakończeniu karmienia w ręce córki, a karmienie do samoodstawienia to moja mała misja. I dalej do tego celu dążymy obie, tylko inaczej. Karmienie piersią dwulatki jest całkowicie inne od karmienia niemowlaka. Jak się okazało, karmienie na żądanie, było dla mnie zbyt dużym obciążeniem psychicznym i fizycznym. Pewnie też dlatego, że Zo jest totalnym cycoholikiem i potrzebowała tej piersi około 15 razy na dobę.
Zauważyłam też, że w pierwszych dniach ograniczenia karmienia moim dzieckiem targały przeróżne emocje, niekiedy mocno ambiwalentne. Nie umiała sobie z nimi poradzić bez piersi, której mimo wszystko nie dostawała na ukojenie. Ale wciąż proponowałam przytulenie, noszenie na rękach, pogłaskanie po głowie, wspólne leżenie. Tak, by dać jej chwilę, która jest tylko nasza. Każdego dnia jest coraz lepiej. Emocje się nie zmieniły – jak to u dwulatki bywa – manifestuje je głośno i wyraźnie. Słowem i czynem 😉 Jednak nauczyła się, że tata też ma moc utulenia w histerycznym płaczu… 🙂

Od kilku dni eliminujemy nocne karmienia i zdecydowaliśmy o opuszczeniu naszego małżeńskiego łoża przez Zo. Chcecie wiedzieć jak nam idzie? Wszystko Wam opowiem, ale za jakiś czas, jak nabierze to realnego kształtu i ułoży się w mojej głowie… 🙂

Zdjęcie: Melissa Jean Photography

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl

Podobne posty

  • Poukładałyśmy sobie to w głowie obie, doszłyśmy do porozumienia i jest naprawdę dobrze 🙂

  • Marta

    Moja córa na odwrót, zje dosłownie wszystko 🙂 no może prawie, nie daje jej wszystkiego co popadnie, bo ma rok 🙂 ale dążę do tego, że też mam w sobie poczucie jak to określiłaś – porażki, jeśli skończę karmić. Karmimy się mniej więcej 2 razy w dzień, gorzej z nocą 😛 karmień, gdzie czuje że mleko naprawdę leci w nocy myślę, że jest jedno, ale cykanie piersi po prostu dla uspokojenia, przy każdym większym wierceniu i tylko głośne am ma am i wypluwanie smoczka przy próbie oszukania 🙂 dumna jestem że wytrwałam rok, bo z różnych powodów karmienie już od 2 miesiąca nie odbywało się regularnie, z różnych przyczyn osobistych ( chwała laktatorom 🙂 ) ale chyba ciężej mi się pożegnać z karmieniem niż córce 🙂 z jednej strony zazdroszczę Ci tych wspólnych chwil aż do tego czasu, ale wszystko ma swoje plusy i minusy 🙂 np chęć lub niechęć do innych posiłków. Bywają chwile zwątpienia bo mam wrażenie że czasami jak córa chcę więcej piersi w ciągu dnia to nic nie leci, chociaż córa jest też niecierpliwa i może nie doczekuje momentu napływu i w głowie już krążą myśli, że nie ma mleka, że poległam w małym stopniu.. Oczywiście to nie znaczy, że rezygnuję, karmimy się dalej, żeby chociaż odrobinę dać tego co najlepsze 🙂 póki co jeśli ktoś zapyta czy nadal karmię to wszyscy pod wrażeniem 🙂 (jakby to było coś niespotykanego 😛 ) Pozdrawiam! :*

  • Aaaaaach, zabieram się powoli za odstawianie mojego Tadeusza, dwulatka. Ja sfrustrowana, chociaż kochająca karmić piersią matka – chcę, ale nie mogę patrzeć na jego zapłakane oczy, usta wykrzywione w podkowę i krokodyle łzy. Przeczytałam posta i wyczuwam poważną, nierówną walkę! Życz mi powodzenia…