Od kiedy się poznałyśmy, była między nami jakaś ściana. Dwa skrajnie różne środowiska, dwa różne wychowania, dwa odmienne poglądy na wychowanie. I wreszcie – całkiem inna świadomość rodzicielska. Mój krótki matczyny staż kontra jej dorosłe już dzieci. Moja wiedza o rodzicielstwie bliskości i karmieniu piersią, i jej doświadczenie życiowe i wychowanie „twardą ręką”. Na pozór nie możliwe byśmy się dogadały, na pewno nie w relacji jaką obie sobie stworzyłyśmy. A jednak okazuje się, że wszystko jest możliwe. Bo wiesz… Wreszcie. Zrozumiałam ją.

Kiedy słuchałam opowieści o jej doświadczeniach związanych z karmieniem piersią, scyzoryk w kieszeni mi się otwierał, a z ust toczyła się piana. Bo nie mogłam pojąć jak można karmić pierwsze dziecko tylko cztery miesiące, wprowadzać po pierwszych dwóch tygodniach jakieś soczki i tym samym rozszerzać dietę, gdy dziecko nie ma nawet ukończonego pierwszego miesiąca! Nie rozumiałam, gdy słyszałam historię karmienia kolejnego dziecka – dwa tygodnie i przerzutka na mleko krowie, „bo miałam wodę a nie mleko”…! Ogarniała mnie bulwersacja, ale spokojnie starałam się wkładać do głowy, tłumaczyć. Bo przecież każdy z nas słyszał o cudzie, gdy to woda zamieniała się w wino, ale żeby mleko w wodę…? No nie widziałam takich nadprzyrodzonych zdolności u żadnej z kobiet. I za misję obrałam sobie uświadomienie tej kobiety. Kto jak kto, ale ja, promotorka karmienia piersią, przecież powinnam, a wręcz muszę naprowadzić jej myślenie na prawą ścieżkę. I nie było spotkania, by temat karmienia się nie przewinął. A to omawiałyśmy w jakiś sposób długość i częstotliwość mojego karmienia, a to znów wywlekałyśmy jej doświadczenia. Opowiadała mi o tym z wielką ufnością, z wiarą, że to co zrobiła było dobre. Podczas gdy dla mnie te historie były jakimś laktacyjnym absurdem; abstrakcją.

Słuchałam tych opowieści, a w głowie myślałam „a, no to już wiem dlaczego twoje dziecko ma problemy zdrowotne”. Postawiłam diagnozę, zaszufladkowałam ją w miejscu, gdzie lądują matki totalnie nieuświadomione w dziedzinie laktacji. Więc znów ja przejmowałam stery rozmowy, opowiadałam wszystko co wiedziałam, czego mnie na kursie nauczyli i co wyczytałam z tych wszystkich mądrych książek. Oczywiście nie byłam zaskoczona żadnym pytaniem, na każde znałam odpowiedź. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo nie odpowiedziałam sobie na to najważniejsze… Co w tej chwili czuje TA kobieta…? Ta doświadczona matka, której ja robię wykład z karmienia piersią. I zasypuję ją badaniami naukowymi dotyczącymi niekarmienia, bądź za krótkiego karmienia piersią. Opowiadam jej o tych nie dojrzałych małych brzuszkach, o powikłaniach i konsekwencjach, wymieniam choroby snując tym samym najczarniejszy scenariusz w swojej i jej własnej głowie. I zamiast myśleć o niej, myślę tylko o sobie chwaląc się swoją wiedzą…!

Po jednym z takich spotkań miałam wiele do przemyślenia. Gdy widziałyśmy się po raz kolejny, było już inaczej. Na początku oczywiście się zagalopowałam, znów zaczęłam o wartości mleka w każdym momencie karmienia, o tym że długie karmienie to wiele zalet dla dziecka i matki. I wtedy się zatrzymałam, spojrzałam w jej oczy. W jednej chwili ZROZUMIAŁAM JĄ! Wreszcie! Po dwóch latach naszych laktacyjno-wychowawczych wojen… Spojrzałam na nią jak kobieta na kobietę, jak doula na swoją podopieczną, jak matka na matkę… I otworzyły mi się oczy na całą tą sytuację. Dwadzieścia lat temu nie było dostępu do internetu, do książek o karmieniu piersią, do kompetentnych lekarzy w dziedzinie laktacji. Ona nie miała możliwości postąpić inaczej, bo wiedza która została jej przekazana, właśnie tak nakazywała jej zrobić. Podała temu dziecku butelkę z krowim mlekiem, bo naprawdę uważała, że dziecko się nie najada skoro co godzinę płacze. Nie chciała by było głodne, a bała się zaufać swojej naturze, gdy wszyscy wokół uznali jej własne mleko za niewartościowe. Nakarmiła to dziecko butlą, by zaspokoić jego potrzeby. Przecież jest matką, kocha swoje dziecko najmocniej jak potrafi i zawsze chce dla niego dobrze!
Najbardziej utkwiło mi w sercu jej spojrzenie. Wtedy, gdy patrzy jak ja karmię Zonię i gdy wspominamy jej krótką drogę mleczną. Jak wcześniej mogłam nie pomyśleć, że być może jest to dla niej bolesne?! Być może też uwielbiała karmić – tak jak ja. Ale jej nie miał kto wesprzeć, podeprzeć wiedzą naukową i twardymi dowodami. Nie miał kto położyć ręki na ramieniu, dać siłę i wiarę w swoją kobiecą moc; w siłę natury. Skazano ją i jej mleko. Osądzono. Twoje dziecko co chwilę płacze, bo masz złe mleko. ZŁE MLEKO! Tym samym nie wykarmisz swojego noworodka.
Co czuje matka, która nie może wykarmić swojego dziecka? Nie dlatego że nie potrafi, ale dlatego, że jej mleko do niczego się nie nadaje…? Na dodatek wciąż słyszy te komunały od swoich bliskich. Nie szuka głosu własnego wnętrza, bo zagłuszają je zewsząd idące ‚dobre rady’. I słucha tych głosów, bo wydają się być poparte doświadczeniem innych kobiet, matek. Nie do końca akceptując rzeczywistość karmi dziecko butelką. Być może robi to z płaczącym sercem, bo właśnie zabrano jej coś, co było dla niej ważne. Te ich wspólne chwile, jedyne, nie do odtworzenia. A ona została matką z wodą w piersiach…
Dlaczego tak bardzo denerwowała mnie ta historia? Jak mogłam nie dostrzec, że to co dla mnie jest absurdem, dla niej mogło być bolesnym wspomnieniem…?

Wbrew pozorom łatwo zajrzeć do kobiecego serca, zwłaszcza, gdy robi to druga kobieta. Dzieli nas różnica wieku, charakterów, zwyczajów i przekonań. Dzielą nas kilometry, środowisko i przeróżne doświadczenia. Ale łączy nas kobiecość i matczyna miłość. Po raz pierwszy udało mi się otworzyć oczy i serce na kogoś, kto nie do końca był mi po drodze. Na kobietę, która wydawała się być do mnie w jakiś sposób uprzedzona. Zajrzałam w głąb jej doświadczeń, w być może trudne i ciężkie do zaakceptowania wspomnienia. I teraz jest inaczej. Obie jesteśmy kobietami, córkami, żonami, matkami. W pewnym sensie jesteśmy do siebie podobne. A teraz..? Mamy o krok do siebie bliżej…

Karmicielka
Mam na imię Weronika, kreatywna mama. Jestem tu jako wyrozumiała kobieta karmiąca, przyjaciółka w laktacji i dobra dusza podczas porodowych zmagań. Cieszę się, że i Ty tutaj jesteś. Rozgość się i zostań ze mną na dłużej.
http://www.karmicielka.pl