Wśród wielu artykułów o porodach domowych trafiłam na takie zdanie: „każdy poród, który nie odbył się w szpitalu, jest uznawany za patologię”. To wypowiedź położnej. Natomiast nie uważa się za patologię przerwania więzi, odebrania kontaktu „skóra do skóry”, zabrania tych pierwszych dwóch godzin twojego dziecka, by spędziło je w twoich ramionach.

Poród jest niezwykle intymną chwilą. Jest czymś całkowicie naturalnym, zwyczajnym a jednocześnie tak niesamowitym. Często bywa, że ta piękna aura towarzysząca tej chwili jest przygnieciona przez warunki i personel szpitalny. Nie każda położna i rzadko który lekarz potrafi uszanować ważność tego momentu dla rodzącej. Prawa kobiety są łamane, a traktowanie jej w momencie porodu woła o pomstę do nieba. Tak wyglądają realia porodów szpitalnych. Czemu więc nie rodzić w domu?

Przez dziewięć miesięcy dajesz dziecku to, czego będzie się domagać przez długi czas życia po drugiej stronie brzucha. Odżywiasz je, budujesz poczucie bezpieczeństwa i zapewniasz to, co dla was obojga najważniejsze – BLISKOŚĆ. Ono jest w tobie, mieszka pod twoim sercem, jest najbliżej jak się da. I przychodzi ta chwila, kiedy chce wyjść na świat. Skurcze, krótka, ale ciężka droga do przebycia, by spotkać się z tobą twarzą w twarz. By pierwszy raz zobaczyć ciebie, mamo. I rodzi się, często powoli, w męczących skurczach ściskających jego maleńkie ciałko, kierujących je do „wyjścia”. Przechodzi przez ciasny, ciemny otwór, kanał, na którego końcu widzi rażące światło, takie, którego nigdy wcześniej nie widziało. Panicznie się boi, nie rozumie tego co się dzieje. Czuje każdą twoją emocję, każdy lęk, każdy uspokajający oddech. Czuje, gdy kładziesz sobie rękę na brzuchu i wie, że wszystko pod kontrolą, że jesteś, czuwasz nad nim i nad sytuacją. Jeszcze chwila i…? Wyjmują je z ciepłego, miękkiego brzucha, gdzie do snu kołysały kroki mamy, a dźwięk bicia jej serca był obecny w tych maleńkich uszkach od samego początku. Wyjmują i kładą na brzuchu mamy, ma piersi. Dziecko znów słyszy ten najmilszy z dźwięków – głos mamy. Czuje bicie serca i już wie, że to koniec stresów i lęków, wie, że jest bezpieczne. Ale tylko przez chwilę, bo właśnie wtedy ktoś je zabiera, odrywa od mamy, świeci w oczy jakimś okropnie jasnym światłem, gdzie jest zimno. Nie ma mamy! Płacze. Przewracają je na prawo i lewo, ubierają, wycierają, zakrapiają oczy. Dziecko się boi, teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. To nie są wymarzone pierwsze chwile życia… To nie jest budowanie więzi. W szpitalach łamie się zasadę dwóch godzin z mamą, przy piersi, skóra do skóry. Nie ma tych pierwszych wspólnych chwil, tych najpiękniejszych momentów. Nie ma bo? Zazwyczaj dlatego, że personel ma roboty po uszy. Na zmienia jedna, dwie położne, a rodzących kilka. Ewentualnie trafia się na położne tylko z tytułu, które z powołaniem nie mają nic wspólnego. Nie mają więc czasu, bo nie chcą go mieć. Nie dzieje się tak zawsze, nie jest to regułą. Ale może to spotkać każdą z nas i niejednej się to zdarzyło. Dlaczego miałybyśmy nie spróbować tego zmienić? Jest o co walczyć, o godność, o poczucie bezpieczeństwa, o relację, o bliskość. Bliskość, która najpełniej rodzi się w domu…

A jak jest, kiedy akcja porodowa toczy się w zaciszu własnego mieszkania? Jesteś ty, twoje domowe otoczenie, najbliższa ci osoba i położna. Kobieta wspierająca cię całym sercem. Nie przypadkowa, która akurat ma swoją zmianę w szpitalu, a ta, którą tak skrupulatnie sama wybrałaś. Ufasz jej, a ona wie co robi. Opiekuje się tobą cały czas, ale daje ci swobodę. Możesz rodzić jak chcesz i gdzie chcesz, na łóżku, w wannie, na podłodze czy krześle. Nie narzuca ci pozycji porodowych, położna zwyczajnie słucha twojego ciała i ufa naturze.
Jesteś pod dobrą opieką, masz gwarantowane poczucie bezpieczeństwa. Jesteś zrelaksowana, bo jesteś przecież u siebie. Możesz krzyczeć, chodzić po całym domu, wylegiwać się w wannie z ciepłą wodą. Twój spokój przekłada się na zachowanie twojego dziecka. A ono jest spokojne, choć poród nieco je niepokoi to wyczuwa te pozytywne emocje i jest bezpieczne. I rodzisz je w stuprocentowym komforcie, z całkowitym poszanowaniem dla ciebie, twojej kobiecości. Otoczenie akceptuje twoje zachowanie, jesteś skupiona na porodzie, jesteś sobą.
Wreszcie rodzi się twoje dziecko. Bierzesz je w ramiona, kładziesz na piersi. I w tej chwili zaczyna się wasza przygoda, rodzi się wasza prawdziwa miłość. Ta niczym nie zakłócona bliskość, kontakt skóra do skóry. Nie jesteście już razem w jednym ciele, ale oboje zapewniacie sobie poczucie bliskości. Jesteście razem, nikt was nie pogania, nie odsuwa od siebie. Dziecko uspokaja się na twojej piersi, a ty jesteś spokojna, najszczęśliwsza.

Poród domowy to gwarancja bliskości, nie tylko tej cielesnej ale i stricte duchowej. Pozytywne emocje jakie towarzyszą temu wydarzeniu niesamowicie zbliżają, scalają całą rodzinę. I przybliżają ciebie do twojego malucha. Co ważne, wykluczasz depresję poporodową – ilość endorfin wytworzonych przy i po porodzie na to nie pozwoli. Ty jesteś spełnioną, szczęśliwą mamą z poczuciem ogromnej satysfakcji.
Irena Chołuj w swojej książce pisze „Jestem przekonana o tym, że dom to dobre miejsce do urodzenia się dziecka, jeśli jego mama jest zdrowa.” Rodzić w domu, to takie… normalne 🙂

A wy rodziłyście w domu? Znacie kogoś kto ma takie doświadczenia? Chętnie skontaktuję się z dziewczynami mającymi takie doświadczenia. Napiszcie do mnie proszę, mam do was wiele pytań 🙂

Podobne posty