Zanim zaszłam w ciążę, zawsze kiedy myślałam o dziecku, w głowie widziałam obraz córeczki. Małej, słodkiej, grzecznej i ułożonej dziewczynki. Patrzyłam na synków sióstr czy koleżanek i wiedziałam jedno – nie chcę mieć syna…

 

Zajście w ciążę i oczekiwanie na dziecko oznaczało zmianę moich poglądów. Byle było zdrowe – mówiłam. Ale w myślach wciąż pragnęłam córki. Dlaczego? Bo napatrzyłam się na tych chłopców wciąż za czymś biegających, zakładających sobie kosz na głowę, włażących na parapety i bijących się w piaskownicy plastikowymi samochodami. Na tych maminsynków wciąż ryczących za mamusią, na ich krzyk wniebogłosy i zachowanie, za które kiedyś klęczałoby się na grochu. Ja nie chciałam takiego dziecka. Wiedziałam, że urodzenie sobie syna będzie dla mnie owszem, wielką radością, ale jednocześnie niedosytem. Przecież zawsze pragnęłam córki. Mojej małej, grzecznej dziewczynki. Nigdy nie marudzącej, nie płaczącej bez powodu. Zawsze znającej granice. Takiej, która będzie umiała się sama bawić, pozwoli mi na pracę, zajmie się sobą kiedy będę chciała posprzątać i nigdy nie narobi mi chały przy ludziach w postaci ataku histerii w sklepie czy kościele. Wymarzyłam sobie dziecko, które nie będzie płakać gdy będę gdzieś wychodzić, a odłożona do łóżeczka zwyczajnie zaśnie.
Jednocześnie byłam całkowicie przekonana, że tylko córka może spełnić moje oczekiwania. Dlatego idąc na USG w głębi serca wiedziałam, że noszę pod sercem Hanię. Tak, Hanię, bo tak miała mieć na imię nasza córka. Kiedy doktorek po raz drugi potwierdził obecność maleńkiej kobietki w moim brzuchu, została przechrzczona na Zosię. Skakałam z radości! Spełniało się moje marzenie…
I nawet ten wyimaginowany obraz cudownego żeńskiej płci dziecka trwał przez kilka tygodni. Nawet miesięcy. Potem uczyłam się tego prawdziwego macierzyństwa. Przyszły bóle brzucha, ząbkowanie, nieodparta chęć zabawy o 4 nad ranem… Pierwsze fochy, nerwy, szczypanie, gryzienie, uciekanie przy przebieraniu pieluchy. Trudności z zasypianiem i krzyki z niewiadomego powodu. Płacze w środku nocy i ciągłe domaganie się wspólnej zabawy. I przyszło na mnie oświecenie! Całe szczęście…
To nie córki są lepsze. Są tylko różne charaktery… A moje dziecko jest z serii tych wciąż brykających i nie mających ochoty na sen „pulimiotków” jak mawia moja mama. Wszędzie jej pełno, jest wulkanem energii. Wejdzie w każdy kąt, w każdą dziurę, zje z podłogi nawet najmniejszego śmietka, wyliże pozostawione na wierzchu buty. Wywali wszystkie ciuchy z szafki, porozrzuca po całej kuchni jedzenie, zaraz po tym jak zgniecie je do cna w swoich maleńkich piąstkach. Jest małą psotką i nieposkromionym urwisem. Nie oszukujmy się, ma charakterek po mnie. Głośno demonstruje swój sprzeciw i wykrzykuje swe żale, gdy coś idzie nie po jej myśli… Czy takie miało być moje wymarzone, idealne dziecko…?
Teraz wiem, że by mieć dziecko o idealnym charakterze, trzeba włożyć w to masę pracy. Taki to trud rodzicielstwa, by wychować maluszka na dobrego, szlachetnego, uczciwego i honorowego człowieka. Wiem, że płeć nie gra tu roli, bo każde dziecko jest inne. Rodzi się z charakterem, którego kształtowanie przypada nam, rodzicom. Moje przemyślenia sprzed ciąży doskonale świadczą o tym, jak głęboko nie miałam pojęcia o macierzyństwie 😉 Cieszę się jednak że przejrzałam na oczy i wiecie co? Bardzo chcę mieć syna! 🙂
P.S. Myślicie, że poprzez charakter mojego dziecka Matka Natura chciała mi dać nauczkę i zesłać na mnie opamiętanie? 🙂

Podobne posty