Blogosfera mnie pochłonęła. Blogi parentingowe są dla mnie odskocznią i inspiracją. Na codzienną porcję tejże literatury poświęcam sporo czasu. Oglądam zdjęcia, czytam wpisy. Cieszę się czyimś szczęściem, a w nieszczęściu łączę się w bólu. Podglądam życie wielu osób – jedni bardziej otwarcie dzielą się swoją przestrzenią i intymnością, inni mniej. Jednak obrazy mnie urzekają, te piękne wnętrza, dzieciaki ubrane zawsze w najmodniejsze ubranka i wyposażone w najpiękniejsze (i najdroższe) zabawki. Wtedy stawiam sobie pytanie – czy stać mnie na bycie „dobrą mamą”..?
Jest tyle pięknych rzeczy, które sama chciałabym mieć… A chyba jeszcze więcej takich, które chciałabym kupić mojej córce. I kiedy za bardzo popadam w marzenia przeglądając Wasze blogi, zastanawiam się – czy kiedykolwiek zafunduję mojemu dziecku wystrzałowy pokój? Taki w którym wszystko będzie na swoim miejscu, kolorystyka idealnie dobrana, a wyposażenie z najbardziej designerskich sklepów dziecięcych. Odpowiedź mam od razu – najprawdopodobniej nie. Chyba, że wygram w totka, choć przy częstotliwości grania raz na rok, to i ta perspektywa jest totalnie mglista. I wtedy na chwilę robi mi się przykro… Dlaczego inne dzieci mają w bród tego, na co mnie kompletnie nie stać? Od razu staram się wyobrazić sobie kim są owe blogujące mamy, co robią ich mężowie… Skąd czerpią takie finansowe pokłady na realizowanie każdych zachcianek…?
I to nawet chyba nie jest zazdrość, nawet nie poczucie niesprawiedliwości. Nie umiem tego nazwać. Zwyczajnie jest mi przykro. Ale dlaczego..?
Piękne jest to Wasze życie. I wiecie co? Moje też jest piękne! Moje dziecko ma wszystko to, czego mu trzeba. Nie ma co prawda supermodnych kosztownych drewnianych zabawek, przecież i tak uwielbia się bawić miskami i drewnianą pałką do ciasta. Nie ma wyatestowanych na wszelkie sposoby, ultrabezpiecznych bajerów, bo to puste opakowanie po szamponie stanowi najbardziej zajmujący przedmiot dla mojego malucha. Zośka nie posiada ogromu przewalających się po całym domu wszelakiej maści zabawek, ale ma kreatywną mamę. Nie kupię jej lalki, bo szmacianka wysokości 20 – 30 cm kosztuje koło stówy. Kupić nie kupię, ale z chęcią uszyję. Drewniane klocki sztuk 10 – ponad 50 zł. No proszę, a mój R. zrobi je za buziaka.
Sama mam czwórkę starszego rodzeństwa. Ja – najmłodsza – z racji sporego odstępu między czwartą z kolei siostrą – byłam wychowywana w zasadzie jak jedynaczka. Nigdy nie miałam wszystkiego, ale zawsze miałam to co niezbędne, a i tak zwykle udawało mi się wynegocjować to czego niekoniecznie potrzebuję, ale fajnie by było to mieć… No dobra, szczerze mówiąc zawsze miałam gadane i dar przekonywania. Więc ostatecznie było tak, że ciuchy zapełniały moją szafę, a inne rzeczy mnożyły się na potęgę. Racjonalnego wydawania pieniędzy – brak.
I w tej chwili nachodzi mnie dygresja – czy ludzie, którzy mają tyle szmalu, są w stanie dzielić się tym z innymi? Czy poza obrastaniem w materialny majątek, stać ich na choć drobny gest w stronę tych, którzy nic nie mają…? A dzieci z domu dziecka? Przecież dla nich nowe ubrania, zabawki czy kredki to ogromny dar. Czy potrafimy się dzielić? Czy może w tej cukierkowej codzienności nawet nie myślimy o innych potrzebujących…?*
Jestem zwolennikiem teorii, że lepiej skromnie dochodzić do wszystkiego swoją sumienną pracą, niż dostać majątek i przepierdzielić na głupoty, nie mając kompletnie poszanowania dla każdego grosza.
Prawdopodobnie nigdy nie będzie tak, że Z. będzie mieć wszystko to czego chce. Najprawdopodobniej to bardzo dobrze, ale zdecydowanie wolałabym ja o tym decydować niż być do tego przymuszona.
I najważniejsze – czy jakakolwiek ilość posiadanych pieniędzy może decydować o tym czy jesteśmy dobrymi rodzicami…? Nie sądzę… Ale, ja bym tak chciała żeby Zosia miała wszystko to o czym sama marzę. No właśnie, czy to przypadkiem nie są tylko moje marzenia…?
Wiecie co? Chyba jednak puszczę totka… 😉
* Założyłam sobie, że jeśli kiedykolwiek będzie mnie na to stać, adoptuję na odległość jakieś dziecko. Moje pieniądze mogą wiele zdziałać. Mogą odmienić czyjeś życie…

Podobne posty

  • Piękny o mądry wpis. Fakt jest taki, że ja i mój mąż nie mieliśmy wszystkiego a od najmłodszych lat pracowaliśmy na wakacje i zachcianki. Teraz gdy nas stać (za granicą niestety) chcemy dać Oliwierowi to czego sami nie mieliśmy. Ale nie popadam w skrajności:uwielbiam zakupy w sh i wyprzedaże, zabawki kupuję bardzo sporadycznie bo większość Oliś dostaje. A kasę przeznaczamy na wspólne wycieczki i zoo (które wszyscy uwielbiamy). Pochodzimy z rodzin dobrych ale nie bogatych, wychowalismy się na wsi – może dlatego los uchronil nasi przed "szajbą"

  • Cudownie to napisałaś! Myślę, że pieniądze szczęścia nie dają. Najpiękniejsze co może być to kochająca się rodzina, bo jak ona jest to dziecko zniesie każdą niedogodność życia.

  • Tym postem dałaś mi wiarę w ludzi 😉
    Pozdrawiam Was serdecznie, a Oliwiera gorąco całuję 😉

  • Szczęśliwe dziecko to nie dziecko posiadające multum zabawek, firmowych ciuchów. Szczęśliwe dziecko, to dziecko rozpieszczone miłością i czasem. I twoje dziecko z pewnością jest szczęśliwe :* pozdrawiam serdecznie, pewnie jeszcze nie raz tutaj zajrzę. 🙂

  • Zapraszam serdecznie! 🙂

  • Podstawowe pytanie które zazwyczaj nie znajduje odpowiedzi. Mieć czy być? Bo zazwyczaj każdy chce i mieć i być 🙂

  • Moje nie ma najdroższych zabawek i ubrać z wyższych półek. Nie mamy nawet aparatu do zdjęć, bo są inne wydatki. Mieszkamy w domu na 30 letni kredyt. Jeździmy starymi samochodami. Od 3 lat nie byliśmy na wakacjach. Wiesz co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Rodzina. To, że każdego dnia zasypiamy wszysycy w naszym domu i się w nim budzimy. Nasze dziecko jest uśmiechnięte i szczęśliwe gdy dam mu do zabawy łyżki i plastikowe kubeczki. Jesteśmy zadowoleni, bo jesteśmy zdrowi. Pieniądze szczęścia nie dają, choć ułatwiają życia, ale stawianie pieniądza nad rodzinę jest kiepskie i poniżej wszystkiego.

  • Sama prawda kochana. Najważniejsze to nie zwariować 🙂 Kusi mnie czasem zakup czegoś wypasionego (co zobaczę na blogu) – zwykle cena zwala z nóg! I jakże ja, nauczona oszczędzania, miałabym wydać np 300zł na nocną lampkę? No nie mogłabym. (więc kupiłam za 30zł 😛 hehe w końcu i tak odpalana tylko przed spaniem) Oliwier odsyła całusy :*

  • Też podobnie miałam oglądając te idealne pokoje i super zabawki na innych blogach. Fakt – drogie zabawki to często dar sponsorów za reklamę na blogu, jednak prawda jest taka, że dziecko ich tak na prawdę nie potrzebuje, bo jak piszesz zabawi się miską i drewnianą łyżką ( w naszym przypadku miską, dekielkami od słoików, butelką lub kartonem po mleku) i będzie to najwspanialsza zabawa. Moje dziecko ma masę zabawek – bo dostało, bo odziedziczyło po starszym kuzynostwie, podobnie z ubrankami, które za jakiś czas znów ponosi inne dziecko w rodzinie lub też u potrzebujących. Część tych zabawek, które odziedziczyliśmy i tak oddałam, bo stwierdziłam, że jest ich stanowczo za dużo a komuś bardziej się przydadzą niż mojemu pierworodnemu.