Nie mogę powiedzieć, że ciąża mnie zaskoczyła. Mogę natomiast stwierdzić, że bieg wydarzeń jakie miały miejsce od chwili, gdy dowiedziałam się, że zostanę mamą, był – i nadal jest – zniewalająco szybki. Do tego stopnia, że nie zawsze nadążam za moim życiem. Bo jakby na to nie patrzeć, z niezależnej studentki stałam się żoną i mamą. Czy aby na pewno odnajduję się w tej wciąż dla mnie nowej rzeczywistości…?

Do czasu, gdy mój stan cywilny nie uległ zmianie, żyłam sobie jak chciałam. Robiłam co chciałam, nie do końca licząc się z czyimś zdaniem. Moje życie było pod moją kontrolą, każda godzina należała do mnie i ode mnie zależało, jak ją spożytkuję. Mogłam spać do południa, nawet jeśli wiązało się to z zawalaniem obowiązków i opuszczaniem zajęć na uczelni. Odpowiedzialność za moje wybryki spadała na mnie i nie ukrywam, zawsze udawało mi się wybrnąć ze wszystkich tarapatów obronną ręką. Często tak, że nawet jeszcze na tym korzystałam. Zazwyczaj potrafiłam się „ustawić”. Zorganizować swoje otoczenie tak, by się nie napracować, a wyjść na plus.
I nagle bach! Zaręczyny, ślub. Przewartościowanie swojego życia w jedną sekundę – bo dokładnie tyle trwa powiedzenie „tak”. Zmiana nawyków i upodobań, stylu życia. Tylko po co się zmieniać? Skoro chciał ze mną być, to przecież musiał akceptować mnie taką jaką jestem… Ale nie akceptował. Kiedyś powiedział, że mnie zmieni tak, jak będzie sam tego chciał. Zbulwersowałam się i zaparłam, że nigdy nie dam się zmienić. Mimo wszystko to zrobiłam, dlaczego? Żeby jemu było ze mną dobrze tak, jak mnie z nim. Dziś za tą ogromną pracę włożoną w mój charakter – dziękuję.
Jednak nie wszystko może ulec zmianie, nie wszystko da się od nowa ukształtować, wyzbyć starych przyzwyczajeń. Czemu czasem ciężko mi być żoną? Bo przede wszystkim jestem? byłam? – egoistką. To co dobre dla mnie było najważniejsze i nie do końca potrafię nad tym zapanować. Często jest tak, że albo będzie dokładnie tak jak ja tego chcę, albo nie będzie wcale. Niezależnie od tego czy wybieramy film na wieczór, czy makaron do obiadu. Trudno mi zrezygnować z czegoś, czego bardzo chcę, na rzecz mojego męża. Pracuję nad tym.

Jak większość mężatek, upodobałam sobie cel – do wyżywania się, obarczania wszystkimi problemami i wyrzucania swoich złości – w postaci mojego ślubnego. I tak ciągle się denerwuję, ciągle mam pretensje – choć czasami sama nie wiem o co. Wkurzam się i krzyczę, ale kiedy jest mi naprawdę źle, przytulam się i płaczę.
Nie podoba mi się moje zachowanie. Pytanie, czy jestem taką osobą, która nie potrafi zmienić w sobie tych złych stron nawet w imię lepszych relacji? A może to tylko kwestia przyzwyczajenia do codziennej i niemalże całodobowej obecności drugiej osoby w moim życiu?

Z byciem mamą jest tak, że są te lepsze i te gorsze dni, podobnie jak są noce, gdy śpi się snem przerywanym i te, gdy nie śpi się wcale. Potrafię być czułą i troskliwą mamą, śmiać się, wygłupiać i bawić z córą przez cały dzień. Cierpliwie dawać jej pierś niemalże na każde zawołanie, nosić na rękach, gdy tylko pojawi się na jej twarzy grymas i nie wypuszczać z rąk, gdy marudzi. Ale jest we mnie też ciemna strona Matki Polki. Objawia się ona położeniem dziecka na macie, obłożeniem Zośki toną grzechotek, gryzaków i innych zabawek, podczas gdy ja zasiadam przed komputerem i robię swoje. Takie bycie ze sobą na zasadzie „ty robisz swoje, ja robię swoje, nie przeszkadzamy sobie na wzajem i jest pięknie”. I wtedy nawet gdy marudzi i wyraźnie jej coś nie pasuje, proszę ją by się czymś zajęła, albo – co gorsza – wyręczam się mężem. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach mojej choroby, czy jakiegoś złego samopoczucia, gdyż naturalnym jest, że jeśli ja nie mogę się zając córą, robi to mój R. Są to raczej chwile zwątpienia, niemocy. Doszło nawet do tego, ze to Tata spędzał z nią więcej czasu niż ja – zabierałam ją na karmienie, od czasu do czasu zmieniłam jej pieluszkę, a na noc odciągałam mleko, by to R. wstał ją nakarmić. Nie wiem czy to przemęczenie..?

Nie będę udawać, że jestem idealną mamą, bo nie jestem. Nie mam też zamiaru się kryć i nie wspominać słowem o problemach jakie są w każdym małżeństwie. Nie chcę kreować naszego wizerunku w postaci wymarzonej rodzinki, wypisz wymaluj jak z obrazka. Nie! Jesteśmy zwykłymi ludźmi – ja wkurzam się na męża średnio sto razy na dzień, on to zazwyczaj cierpliwie znosi. Wzdycham wielce, gdy po raz kolejny muszę wstać do dziecka, bo to naturalne, że zwyczajnie tego nie chcę, nie mam siły, nie mogę – choć oczywiście gdy tylko na nią spojrzę, wszystkie nerwy, niechęć i zmęczenie mijają. Mam mnóstwo słabości, z którymi ciężko mi walczyć. Nie zawsze mam ochotę nawet to robić. Potrzebuję od czasu do czasu zwolnić, wyjść z domu, pobyć sama, bez męża, bez dziecka. Teraz powinien pojawić się w tle chórek mam głośno mówiących o tym, jaką to złą matką jestem, bo mogę choćby pomyśleć o tym, by zostawić dziecko i zająć się sobą.

Jedno jest pewne, choć nie mam nic wspólnego z ideałem żony czy matki, choć czasem nie potrafię zapanować nad swoimi emocjami i potrzebami, choć tak wiele trudu i wyrzeczeń kosztuje posiadanie własnej rodziny, to wiecie co? Nie zamieniłabym tego życia na żadne inne!

 

Podobne posty

  • U mnie jest dokładnie tak samo. Czasem nie mam ochoty na nic nawet na ugotowanie obiadu dla nich. Zazwyczaj jest tak, że mimo tego zbiorę się i to zrobię, ale jestem później nabuzowana i muszę odreagować na Szanownym Małżonku. On wtedy mówi do mnie: "Po co się wkurzasz? Trzeba było nie gotować!". Co z tego, jak chodzę wkur*** do końca dnia! Kocham ich nad życie, mimo, że czasem mam ochotę zamknąć ich na noc w kotłowni, ale nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

    PS. Ta Twoja pociecha jest strasznie słodka, jak do schrupania 😉
    http://www.zarz-wracam.pl

  • Pomógł mi Twój post. Jestem młodą mężatką i tak jak Ty życie brałam całymi garściami, w momentach kiedy ja tego chciałam, kiedy miałam na to ochotę. Coś się zamknęło, powstało coś nowego…i walczę ze sobą z moim egoizmem,z chorobą itp. Mąż obok mnie, przy mnie znosi te moje "fochy" ale się staram, jestem świadoma tego co robię…ale nie zawsze jest to moja wina:)))

  • moim zdaniem – lepiej okazywać emocje niż tłumić je w sobie. Nawet jeśli otoczenie uzna mnie na niestabilną emocjonalnie matkę – wariatkę, to przynajmniej sama ze sobą będę się czuć dobrze 😉

  • ale przyznaj – mąż najlepszym rozładowaczem stresów jest! 😉

  • Każda z nas ma problemy "czasem" z ogarnięciem tych dwóch zdań 🙂 Ale to chwilowe… głównie przecież dajmy sobie ze wszystkim radę. Jeśli dałyśmy sobie radę z porodem, to wszystko inne też ogarniemy 😛

    http://www.MartynaG.pl – muszę do Ciebie wpadać zdecydowanie częściej 🙂

  • Wiesz z tym porodem to jest tak, że chyba bez mojego R. bym nie dała rady… 😛 Ale bądź co bądź to w końcu JA urodziłam nie? 😉 Masz rację, wszystko inne przy porodzie to pikuś 😉

    P.S. Rozgość się! 🙂

  • A ja poród wspominam dobrze. Może dlatego, że Mały pchał się od początku na świat i miałam ciążę podtrzymywaną?! Poszło sprawnie i szybko, no i z pomocą był rozładowywacz emocji, czyli Mąż 🙂

  • Przyznaję. Właśnie siedzi na kanapie po zjebkach od żony 🙂
    Jak ja to lubię…

  • nie on jedyny – mój też jakiś taki potulny… 😉

  • powiedziałam, że na porodówkę bez męża nie wchodzę – był, pomagał, pępowinę przecinał 😉 U mnie też dość szybko – 3 godzinki i po sprawie, ale co się nawydzierałam, to moje 😀