Niemal każda ciężarna kobieta zastanawia się jak to będzie wyglądało. Urodzi się maleństwo i? Do nas, matek, należy rola wykarmienia swojego dziecka. I tu pojawia się jakaś presja, obawa, czy aby na pewno damy sobie radę…? Odpowiedź jest prosta – wszystko się da jak się chce, ale nic na siłę. I z tym ‚nic na siłę’ często jest największy problem…

Niektóre kobiety od razu decydują, że nie będą karmić swoich dzieci. Powody podają różne, między innymi niechęć do takiego kontaktu ze swoim dzieckiem, wysoka dbałość o kondycję swoich piersi, czy zwyczajnie nie pozwala im na to praca. Nie rozumiem podejścia, ale szanuję decyzję. Choć nie byłabym sobą, gdybym nie wypowiedziała swojego zdania na ten temat. Bo pomijając już wszystkie estetyczne „walory” nie-karmienia, to przecież dziecko jest najważniejsze i jego dobro. A jak wiadomo, nie ma nic lepszego dla malucha jak mleko matki. Wszystkie ciała odpornościowe, składniki, mikroelementy – to wszystko, czego nawet najlepsze sztuczne mleko nie jest w stanie dostarczyć dziecku. Poza masą korzyści dla dziecka płynących z mlekiem matki, to dla samej mamy samo zdrowe – jak wiadomo, karmienie piersią zmniejsza ryzyko raka.
Wiem też, że czasem nie ma wyjścia i od razu trzeba z karmienia zrezygnować, co z pewnością nie jest łatwe. Są powody często zdrowotne lub inne losowe, na które nie ma się wpływu… Bardzo współczuję kobietom nie mogącym nawet spróbować karmić swojego maluszka. Jednak przymusowa eliminacja karmienia, nie oznacza braku tej wyjątkowej bliskości, o którą tak bardzo dba każda mama. Nie pierś jest najważniejsza, a przytulenie! Każdy dotyk buduje niepowtarzalną więź, jedyną i tylko taką, którą można nawiązać tylko z mamą.
W najlepszej sytuacji są kobiety, dla których karmienie piersią jest tak samo oczywiste jak i naturalne. I tu posłużę się moim przykładem. Moja przygoda z karmieniem piersią zaczęła się w momencie, gdy w mojej głowie pojawiła się niepohamowana chęć karmienia, spróbowania, zobaczenia jak to jest i doznania tego niesamowitego spełnienia i satysfakcji.
Gdy po raz pierwszy, zaraz po porodzie, położna przystawiła do mojej piersi Zofię, poczułam się niesamowicie! Totalne szczęście! Ta świadomość, że daję własnemu dziecku to co najlepsze.
W moim karmieniu było o tyle prosto, że i ja chciałam ofiarować to swojej córce, i ona chciała przyjąć to ode mnie. Nie każde dziecko potrafi, nie każde dziecko chce ssać maminą pierś. Oczywiście nie było tak prosto – początkowo każde karmienie przyprawiało mnie o stres i ból. Bałam się, że źle ją dostawiam, nie do końca potrafiłam ją karmić na siedząco (zwłaszcza w szpitalu, gdy byłam dopiero co po porodzie), więc głównie obie leżałyśmy, co powodowało u mnie obawy o jej zakrztuszenie. W tak zwanym międzyczasie, cały czas przy przystawianiu Zosi do piersi okropnie bolały mnie sutki, do tego stopnia, że nie przesadzając, gryzłam kołdrę. Płakałam. Ale nie poddawałam się, wiedziałam że nie mogę odpuścić. I tak po mękach, bólach i ciężkich przejściach, przyzwyczaiłam swoje piersi do ich nowego właściciela jakim stała się moja córa 😉
Dzięki Bogu, ominęły mnie takie atrakcje jak popękane brodawki, zapalenie piersi czy niepohamowany nawał pokarmowy.
Teraz kiedy karmię już prawie pół roku, też pojawiają się przeciwności. Wstawanie w nocy, ciągłe niewyspanie, swego rodzaju uwiązanie; wyżynające się ząbki, które odciskają się na moich piersiach… Odciąganie mleka kiedy jest go za dużo i picie koperku, gdy mi go brakuje.
Jednak ostatnio przeżywałam naprawdę poważny kryzys laktacyjny, nie z braku pokarmu, a z braku sił. Jestem wykończona – przy ząbkowaniu naprawdę jedynym źródłem spokoju dla mojego malucha jest maminy cynio. I pewnej nocy, gdy wstałam nakarmić Zofkę po raz”enty” poddałam się. Rano poprosiłam mojego R. by pojechał kupić jej mleko, powiedziałam, że zwyczajnie nie dam dłużej rady. Karmiłam ją bo musiałam, z wyrzutem, z niechęcią. Denerwowało mnie to i przeszkadzało mi traktowanie moich piersi przedmiotowo. Ale kiedy Tata Zosi zapytał mnie czy jestem pewna, zawahałam się. Zwalczyłam swoje myślenie, przemogłam się i udało się przywrócić radość z karmienia.
Mimo to, wiem że naprawdę warto! Co by się nie działo, jak by nie było ciężko, to przecież to takie piękne!
Karmienie piersią zaczyna się w głowie. Nie wiem i nie potrafię sobie wyobrazić co czują matki, które bardzo chcą karmić, a nie mogą, których dzieciątko nie chce jeść, nie potrafi ssać piersi. Podziwiam te mamy, których ogromna determinacja i wewnętrzna siła nie pozwalała na poddanie się. Wiem, że jest naprawdę wiele kobiet, które mimo braku pokarmu, mimo wszelkich przeciwności i bóli, przystawiały maluchy do piersi i odblokowując się psychicznie – w tak ciężkiej sytuacji – wywoływały laktację. Naprawdę, ukłony.
Drogie mamy – karmienie jest piękne! Jest zdrowe, wygodne i nic nie kosztuje. Jedyne co potrzeba do odrobina chęci, trochę poświęconego czasu i masę samozaparcia. Nie poddawajcie się, karmcie jak najdłużej (w granicach zdrowego rozsądku), a w ciężkich chwilach pamiętajcie – to co dajemy innym zawsze do nas wraca 😉

Podobne posty

  • Było ciężko, a od ponad miesiąca jest ciągła walka o każdy gram Antosi. Oprócz tego od grudnia zaczął się kryzys, który w zasadzie radośnie trwa, ale karmię i karmić mam zamiar długo, bardzo długo. Tez uważam, że warto walczyć, chociaż nie powiem, że chętnie bym gdzieś wyszła, napila się wina… Wyjść nie mogę na dłużej niż 2h, bo antybutelkowa Dziewczyna mi się trafiła, a alkoholu wiadomo.. ale teraz właśnie usnela na piersi i wiem, że nie potrafilabym jej tego zabrać 🙂 trzymaj się i powodzenia 🙂

  • Co prawda Zosinek z butli i z cyca je bez problemu i w zasadzie mogłabym zostawić ją i spokojnie wyjść, ale zwyczajnie nie chcę… 😉
    I mam nieodpartą ochotę na dobre winko, ale cóż… 😉 nie w najbliższej pięciolatce (jedno karmienie się skończy, to druga ciąża się zacznie…;-))