Kiedy byłam małą dziewczynką ciągle się wstydziłam. Nawet nie mogę to nazwać wstydem, bo ja zwyczajnie wszystkich dookoła się bałam… Dziadka, babci, wujków, sąsiadów – zdecydowanie bardziej nieufna była w stosunku do wszystkich mężczyzn niż kobiet, które jako tako tolerowałam. Jedyną ostoją i gwarancją ukojenia i spokoju była dla mnie mama. Za maminą spódnicą zawsze mogłam się schować, ewentualnie przyczepić do jej nogi. Wiedziałam, że przy niej będę bezpieczna…
Skąd się wziął u mnie taki lęk…?

Mając 5 lat zostałam zapisana do przedszkola – wtedy zaczęły się cyrki. Mama odprowadzała mnie codziennie, siedząc ze mną przynajmniej 40 minut zanim oswoję się z sytuacją. Tzn, to było już po paru miesiącach chodzenia do pięciolatków, bo początki wyglądały tak, że mama dzień w dzień chodziła ze mną tylko na dwie godziny i w tym czasie siedziała w przedszkolu patrząc jak ja się bawię – musiałam ją mieć w polu widzenia, inaczej robiłam awanturki. A kiedy zaczęła zostawiać mnie w przedszkolu podnosiłam totalny lament, serio. Pamiętam do tej pory, jak siedziałam przy stoliku zajęta zabawą, odwróciłam się i…? Zobaczyłam mamę wychodzącą ukradkiem z przedszkola! Zostawiającą mnie tam z innymi dziećmi! Oczywiście zaraz wokół mnie zbierała się grupka moich najbliższych przyjaciół z podwórka, którzy pocieszali mnie bez końca, co dzień.
Zostały mi w pamięci jeszcze trzy najdramatyczniejsze dla małej dziewczynki sytuacje:

  • mam jakieś 3 latka, mama wnosi mnie na rękach po schodach do góry. W tym czasie na klatkę wychodzi sąsiad z naprzeciwka. Starszy pan, ogólnie dość miły, choć jego wygląd na to nie wskazywał. Złapał mnie za nóżkę i powiedział „ja to cię chyba zjem!”. Oczywiście było to żartobliwe, ale ja nie wyczułam w tym czułości i rozwyłam się w głos ile fabryka dała. Mama nie mogła mnie w domu uspokoić przez dłuższy czas. Ta sytuacja poskutkowała tym, że za każdym razem gdy wychodziłam z domu, najpierw uchylałam drzwi od mieszkania i robiłam obczajkę, w celu wykluczenia obecności sąsiada Edwarda na klatce schodowej.
  • mama zabrała mnie w lato na rowerze do kościoła. Po mszy zapakowała mnie na bagażnik i już odjeżdżałyśmy spod kościółka, gdy nagle ktoś mnie złapał za ramię. Odwracam się i ku mojemu przerażeniu pojawia się przed mymi oczyma nikt inny jak…? KSIĄDZ! O zgrozo! Wiecie jak się bałam? Ryczałam całą drogę do domu, ale tak w ukryciu bo jednak głupio mi było wyć kiedy mama jedzie przez miasto. Jazda zaczęła się dopiero, gdy mogłam się przytulić do mamy. Znów uspokajanie mnie trwało dość długo.
  • mam niecałe 5 lat, jesteśmy u dziadków. Zjechała się cała rodzina, między innymi brat taty. Ja oczywiście trzymam się kurczowo mamy, taty lub jednej jedynej babci, której z niewiadomych mi powodów, wcale się nie bałam. Nie podnoszę oczu z podłogi, boję się spojrzeć na kogokolwiek, a już – broń Boże – nie śmiem nawet popatrzeć na dziadka. I by zaznać trochę bezpieczeństwa i spokoju idę do taty, patrząc nie wyżej niż na jego stopy, no dobra na kolana. Na moje nieszczęście wujek stał obok taty, i na dodatek mieli takie same spodnie. Pomyliłam się, podeszłam do wujka i przytuliłam się do jego nogi! I tu zaczął się mój osobisty koszmar! Wszyscy się zaczęli śmiać (a gdy ktoś pozwolił sobie na śmianie się ze mnie lub z moich wyczynów wpadałam w absolutną rozpacz), spojrzałam do góry i zobaczyła wujka! Łzom mym nie było końca, skutkiem czego musieliśmy się zbierać do domu.

Dlaczego tak bardzo się bałam? Wychowując Zofię zaczynam zauważać błędy lub może nazwijmy to potknięcia moich rodziców w trudzie wychowania mnie. Coś musiało spowodować takie moje zachowanie, ale tego nie pamiętam. A może to taki lękliwy charakter? Wiem na pewno, że zostawianie mnie w przedszkolu mimo moich protestów i niechęci, nie było dla mnie dobrym rozwiązaniem. Oczywiście, przyzwyczaiłam się i potem chętnie chodziłam na zajęcia, ale mój płacz powinien być sygnałem dla rodziców, że dzieje się coś złego. Następnie, nie rozumiem jak moja mama mogła się cichaczem wymykać z przedszkola, żebym nie widziała, że poszła… Powinna mnie o tym uprzedzić, poinformować, przygotować na jej nieobecność. Takim zachowaniem rodzic traci w oczach dziecka zaufanie, a dziecku burzą się fundamenty poczucia bezpieczeństwa.
Ponadto, gdy ktoś obcy mnie zaczepiał na co reagowałam totalnym strachem, moja mama nie powinna mnie na siłę nakłaniać do przywitania się z kimś. Ale powinna więcej mi tłumaczyć, więcej ze mną rozmawiać…
Myślę, że przede wszystkim to jest wina tego, że dużo czasu moi rodzice spędzali w pracy. Między innymi dlatego co dzień chciałam usypiać z mamą, ewentualnie przychodziłam w nocy do łóżka rodziców (ale o tym innym razem). Potrzebowałam bliskości, której nie zawsze, ale dość często mi brakowało…

Teraz gdy Zofia ma jakieś lęki, gdy trzyma ją ktoś na rękach kogo nie zna, lub gdy w jej otoczeniu pojawi się ktoś obcy i zaczyna płakać – ja od razu reaguję. Biorę ją na ręce, by dać jej maksimum bezpieczeństwa, przytulam ją i ciepłym głosem, powoli tłumaczę jej sytuację. Mówię kto jest kim, opowiadam o tym gdzie jesteśmy lub kto do nas przyszedł. Jednocześnie daję jej czas na oswojenie się z sytuacją, jednak w ramionach mamy. Uczymy się na wzajem rodzicielstwa bliskości.

Mam nadzieję, że o Zofijce nikt nigdy nie powie tego, co mój dziadek powiedział mojej mamie: „Gosiu, czy wy to dziecko w lesie chowacie?” 🙂 Byłam dzika, wstydliwa i aspołeczna. I wiecie co? Wcale się tego nie wstydzę! 🙂 Wyrosłam, przeszło mi. Jednak przyznam szczerze – nie wyzbyłam się potrzeby bliskości. Do tej pory często przytulam moją mamę, a mój R. ma ze mną istne urwanie głowy… 😉

Podobne posty

  • ojjj tak u nas koniecznie musi być oficjalne pożegnanie gdy wychodzę – inaczej Oliś wpada w rozpacz i nie da się go uspokoić

  • i bardzo dobrze! Z własnego doświadczenia wiem, że nagłe zniknięcie mamy z pola widzenia jest powodem do rozpaczy 😉