O szkole rodzenia mówi się wiele, raz lepiej, raz gorzej. Są opinie, że kompletnie nie watro tracić na nią czasu, ale większość mam jest zdecydowanie za uczęszczaniem w zajęciach. Jak to było w moim przypadku…?
Najpierw rzecz jasna zdecydowałam się na szpital. Potem, jak się okazało, szkoła rodzenia prowadzona w placówce, była darmowa (w większości szpitali trzeba płacić spore pieniądze za kilka zajęć z położną). Nie byłam przekonana na początku, bo trochę się bałam tych wszystkich wiadomości, tym bardziej zniechęcał mnie fakt, że mój mąż był nastawiony anty – jak sam stwierdził „nie będę z Tobą ćwiczył na piłce i mówił, żebyś oddychała”. No cóż… Ale nadszedł 28 tydzień, poród coraz bliżej, a w internecie jest więcej strasznych historii porodowych niż tych przyjaznych.  Zdecydowałam się zadzwonić i zapisać na zajęcia.
Dodatkowo, do uczestnictwa z SR namawiała mnie moja położna, Karolina, która opiekowała się mną przez całą ciążę. Zgodnie z ustawą, spotykałyśmy się na prywatne konsultacje i zajęcia z przebiegu ciąży, porodu, połogu i matczynych obowiązków. Miałam więc całkiem prywatną SR 😉 Mimo to pojechałam na zajęcia – nie wyprę się, że zmotywowały mnie fajne prezenty jakie rozdają podczas wykładów 🙂
Na pierwsze zajęcia zawiózł mnie mój R. oczywiście się spóźniliśmy – dzięki temu poznałam Asię 😉 Ja weszłam do sali, a mój R. został za drzwiami – na własne życzenie. Pocieszające jest to, że były to jedyne zajęcia ze SR, na których nie byliśmy oboje – na wszystkie inne wchodziliśmy już razem 🙂

Pierwsze spotkanie dotyczyło samego porodu – opis poszczególnych faz porodu, opowieści położnej i zachwalanie szpitala. No generalnie nic nowego się nie dowiedziałam, poza tym, jakie będą poruszane tematy na kolejnych zajęciach.
Następne spotkania przybliżyły mi tematykę ząbkowania i dbania o higienę jamy ustnej u niemowląt, żywienia dzieci i schematu żywienia zalecanego przez WHO, ze dwa razy SR sobie odpuściłam – ominęły mnie więc jedne jedyne zajęcia z ćwiczeniami ruchowymi i te, na których mamuśki wybrały się by obejrzeć porodówkę (może to i dobrze, że nie widziałam ogólnej sali porodowej…?). Było też spotkanie z psychologiem i ginekologiem. Do moich ulubionych zajęć zaliczam te z kąpieli – choć nie mogłam sama spróbować na lalce wykąpać noworodka, to i tak instruktaż był miły i przyjazny w odbiorze – oraz zajęcia z pierwszej pomocy. Co prawda przy ukąszeniach przysypiałam, ale pierwsza pomoc w zakresie noworodków bardzo mnie interesowała.

Szczerze powiedziawszy – wszystko to co wyniosłam (poza materialną stroną SR) z zajęć, mogłam obejrzeć na YouTube lub przeczytać na przeróżnych stronach internetowych. Nie mogę powiedzieć, że to była strata czasu, bo i taka rozrywka dla matki-słonicy jest komfortem, ale siedzenie półtorej godziny na niewygodnym krześle przyprawiało moje stopy i dwukrotne ich powiększenie.
Była ogromnie zawiedziona, że ta SR całkowicie odbiegała od tej z moich wyobrażeń. Nastawiałam się raczej na zajęcia głównie i przede wszystkim o porodzie, trochę o połogu. A tutaj o samym porodzie były jedne jedyne zajęcia… Fajnie, że dowiedziałam się od stomatologa, że moje dziecko ma nie pochłaniać słodyczy bo mu próchnica zeżre zęby, ewentualnie od jednej z kompetentnych pań, że bicie dzieci jest dla nich krzywdą. To wszystko super, ale to dla mnie tak oczywiste, że naprawdę nie musieli robić z tego oddzielnej godziny wykładowej… Takie zajęcia dla rodziców jak najbardziej ok, ale może nie w formie SR?
Od szkoły rodzenia oczekiwałam:

  • wszelakiej formy ćwiczeń ruchowych przygotowujących do porodu i pomagających w uśmierzaniu bólu i samym rodzeniu,
  • konkretnej wizji porodu, pomocy przy napisaniu własnego planu porodu,
  • rzeczywistych zajęć z aktywnymi rodzicami przy kąpieli i pielęgnacji noworodka,

To takie trzy podstawowe must have, których mi zabrakło na zajęciach…

Mimo wszystko polecam SR, bo poza tym, że można dowiedzieć się kilku nowości i zaznajomić się z położnymi i ze szpitalem, to można spotkać też wiele ciekawych ludzi 🙂 W następnej ciąży też planuję uczestnictwo w takich zajęciach, tylko tym razem w miarę możliwości, wybiorę chyba płatną wersję, tak dla porównania.. I z pewnością w innym szpitalu.

A no i zawsze to jakiś motywator do wytoczenia się z domu, nawet przy upale 🙂

Podobne posty

  • Cóż mogę dodać… Nasza szkoła rodzenia pozostawia wiele do życzenia, tak jak Ty spodziewałam sie zupełnie czegoś innego. W drugiej ciąży raczej nie będę uczęszczać

  • Nie chodziłam do szkoły rodzenia ale tylko dlatego że oba porody były przez cc i to planowane.
    Cudowne zdjęcie w sukieneczce !!!

  • Tak to właśnie jest, jak coś jest "za darmo"… Zawiodłam się jak nie wiem.

  • Pozdrawiamy! 🙂

  • chodziłam z pierwszym dzieciątkiem, pokazywali nam jak kąpać , jak łapać, jak karmić…oczywiście teoria sobie, a praktyka sobie…nauczyłam się tam oddychać przeponowo co przy porodzie jest bardzo potrzebne…ale warto zobaczyć, zwłaszcza ze można zapisać się do darmowych szkół 🙂

  • Spróbuję przy następnej ciąży zapisać się do innej szkoły rodzenia. Co prawda jeden poród mam za sobą, ale zawsze warto na nowo przygotować się do tak ważnego wydarzenia 🙂 Może następnym razem trafię lepiej…?