Zabierałam się wiele razy do napisania tego posta. Zawsze wiedziałam co chcę napisać, tylko nigdy nie było to realne… Chciałam się Wam pochwalić tym, że po ciążowych kilogramach nie ma ani śladu, ale do tej pory nie mogłam. Waga ciągle mi spadała, ale na tyle wolno, że nie raz wątpiłam…

Najgorsze były pierwsze dni po porodzie – przy wypisie ze szpitala weszłam na wagę a tam…? Liczyłam, że sam poród odejmie mi około 10 kilogramów, a resztę jakoś się zgubi. A tu zaledwie pięć kilo mniej, stopy nadal jeszcze spuchnięte, a o skórze na brzuchu nawet nie będę opowiadać… Owszem, z mojego wielkiego brzucha wypchanego po brzegi Zofią po porodzie zrobił się malutki brzuszek, ale z biegiem dni i ten brzuszek zaczął mi przeszkadzać. Wiele kobiet mówiło mi o pasach ściągających, że to absolutny must have i że bez tego mój brzuch się nie „wchłonie”. Wydałam więc pięćdziesiąt złotych na coś, co założyłam raz i to na jakiejś dziesięć minut – było tak nie wygodne, że prawie się w tym dusiłam.
Dodatkową totalną demotywacją były te wszystkie forumowe kobietki, które wszem i wobec chwaliły się, że przytyły w ciąży 10 czy 13 kg i wszystko zgubiły zaraz po porodzie, ewentualnie zajęło im to dwa-trzy tygodnie. Oczywiście owe kobiety piszą też, że jeśli przytyjesz więcej niż 12 – 14 kg to znaczy że opychasz się żarciem od rana do nocy i wcale się nie ruszasz, bo w przeciwnym razie byłabyś super zgrabną ciężarówką…. I jeszcze moja starsza siostra, z natury patyczak, urodziła miesiąc przede mną, przytyła w ciąży 11 kg, z czego nic powtarzam, NIC nie poszło jej na ręce, biodra czy też uda. A ja…? W ostatnich tygodniach ciąży chodziłam jak naładowana bomba. Kiedy mój R. patrzył na moje stopy mówił z uśmiechem „błagam, nie zjadaj mnie…”.

No dobra, było minęło. Po porodzie nie miałam sił na ćwiczenia, potem ten cały połóg, ale nawet po tym czasie z zaleceń lekarskich miałam odczekać 3 miesiące żeby zacząć regularne ćwiczenia. I zaczęłam! Ewa Chodakowska okazała się być zbyt wymagająca dla mojej kulawej pociążowej formy, więc ćwiczyłam we własnym zakresie – brzuszki, pompki, przysiady. Wymachy nogami i inne sratytaty. A potem przyszła cała masa obowiązków i nawet nie o to chodziło, że brakło mi motywacji… Brakowało mi sił i czasu. Nawet nie patrzyłam na siebie w lustrze, ani nie zakładałam innych ciuchów poza jednymi dżinsami i wytartymi rozwleczonymi, ale jakże ulubionymi dresami.

Oczywiście cały czas karmię piersią, co sprzyja gubieniu kilogramów, ale gdyby tylko na tym się opierać, byłoby to niezwykle czasochłonne. Tyle że karmienie oznacza też inne odżywianie. Lepsze! I nie chodzi tu o to, że trzeba jeść tylko gotowane warzywka, kasze i kurczaka, bo inaczej dziecko będzie bolał brzuszek… Owszem, przez pierwsze dni trzymałam się zasady jedzenia samych najlepszych i gotowanych posiłków, ale z dnia na dzień wprowadzałam coś nowego. I tak po półtora miesiąca jadłam pomidory, ogórki i kapustę kiszoną, nie wspominając już np o kalafiorze czy fasolce szparagowej. Karmienie piersią oznaczało u mnie przejście na maksymalnie zdrową żywność. Masełko, ciemne pieczywo, ryże, kasze (szczególnie polecam jaglankę), owoce i warzywa. Większość moich obiadów stanowiły oczywiście gotowane zupy, a jeśli chodzi o drugie danie, to gotowane mięsa i ryby. Co za zdrowiem idzie, ograniczenie a wręcz wyeliminowanie z mojej diety zbędnych ilości soli i białego cukru – herbata bez cukru przestaje być gorzka po jakiś dwóch tygodniach i naprawdę da się przyzwyczaić. Całkowicie zrezygnowałam też ze słodyczy – teraz kiedy zjem jedno ciastko, czy jednego cukierka, koniecznie muszę popić go gorzką herbatą – słodkości okropnie mnie mulą. I co najważniejsze – sztucznie słodzone sklepowe soki zastąpiłam wodą mineralną i kompotami mojej mamy!
Słyszałam niejednokrotnie, że karmiąc nie mogę się odchudzać bo mogę stracić pokarm lub będzie on niewystarczający dla dziecka. Nie odchudzałam się specjalnie, natłok obowiązków nie pozwolił mi na podjadanie, a odpowiedzialność za dietę Zośki skłoniła do zdrowego odżywiania.

Dzięki temu moje wszystkie przybrane w ciąży kilogramy pożegnały się ze mną definitywnie, a przed ciążowa waga została zmniejszona 😉 Oczywiście nadal muszę pracować nad powrotem mięśni do dawnej formy, ale najważniejsze i najfajniejsze jest to, że rozstępy prawie zniknęły, a ciuchy, w które nie wchodziłam nawet przed ciążą, teraz pasują na mnie idealnie! 🙂

 

Podobne posty

  • 🙂 ja walczę z chodakowską i z zumbą 🙂

  • I Chodakowską i Zumbę jakiś czas uskuteczniałam, ale odpuściłam. Od Nowego Roku zaczynam ponownie! 🙂