Ostatnie dni ciąży były dla mnie istną masakrą. Męczarnią. Już nawet nie chodziło o te opuchnięte stopy, o nadmiar kilogramów, czy zatrzymanie się wody w organizmie, przez co wyglądałam jak kulka… Nawet już nie wspominam źle conocnego łażenia  na siku do łazienki i z powrotem, czy niemożliwości podniesienia się z łóżka bez stękania i podpierania się rękami. Największą torturą było dla mnie to oczekiwanie. Cowieczorne zasypianie z myślą, czy na pewno wszystko spakowałam, czy samochód jest zatankowany, a pieniądze na opłacenie sali do porodów rodzinnych przygotowane. Kładłam się spać z nadzieją, że to dziś, że to tej nocy! I raz nawet obudziły mnie jakieś skurcze – wtedy myślałam, że to już, że tak bolą skurcze porodowe! Po zdobytym porodowym doświadczeniu stwierdzam jednak, że były to skurczyki – o ile w ogóle można je tak nazwać…

Chodziłam na spacery, sprzątałam, myłam podłogi, skakałam na piłce, mimo ograniczonych możliwości manualnych (przez wielki brzuch i ogromne uda) nawet seks był nadzieją na wywołanie akcji porodowej. I nic. Modliłam się o jak najszybszy, najwcześniejszy i najmniej bolesny poród. Mimo wszystko Zosia – uparte dziecię – postanowiła, że bez specjalnych zaproszeń i czerwonego dywanu, z mojego brzucha się nie ruszy.
Chciałam zacząć rodzić, a nie mogłam. Nawet już starałam się przestać o tym myśleć, ale nawet to nie rozwiązało sprawy.

Od strony zewnętrznej wiecie już jak wyglądał poród Zofii. A co się działo w mojej głowie…?
Kiedy byłam już po terminie zmuszałam się wręcz do kilometrowych spacerów, prosząc w duszy moje dziecko o łaskawość. Ani łaski, ani miłosierdzia córka mi nie okazała.
Więc zdałam się na lekarzy. Ostatni wieczór przed porodem, leżałam na szpitalnym łóżku niemalże płacząc ze strachu. Potwornie się bałam. I porodu i tego jak będzie wyglądało dalej moje życie. Przecież za kilka godzin miałam zostać mamą. Ja mamą? Przecież to tak niedorzeczne, że aż śmieszne… Biłam się z myślami, w ręku ściskając różaniec. Udało mi się zasnąć, a gdy tylko się obudziłam w nocy – a tych pobudek było kilkanaście – od razu zaczynałam modlić się od nowa. To była moja jedyna nadzieja, jedyne wsparcie, jedyna pomoc. I płakałam w poduszkę. Tak, płakałam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie porodowego bólu, momentu, w którym braknie mi sił na dalsze rodzenie, chwili, w której dostanę dziecko na ręce. Chciałam się do tego przygotować, ale nie potrafiłam…
Rano gdy przyszła położna, nie wiedzieć czemu wstałam z nowymi siłami. Od razu opanował mnie strach, ale pomyślałam wtedy „no dobra dziecino, pora przywitać się z mamą i światem zewnętrznym. Idziemy Cię urodzić”. Leżąc już pod KTG i słysząc serduszko mojej maleńkiej Zofii, mówiłam do niej prosząc, by ze mną współpracowała. Wiedziałam, że wyczuwa mój lęk i boi się jeszcze bardziej, choć nie ma pojęcia czego. Dla niej poród, to najkrótsza ale i najcięższa droga do przebycia w życiu. Macie pojęcie jak to dobrze, że nie pamiętamy własnego porodu? Tego przeciskania się główki przez kanał dorny, spłaszczania nosa, ściskania kości czaszki. Tego wysuwania się ku światu i znów cofania się w brzuch mamy… Dlatego myślałam nie o swoim bólu, ale o tym, że obie musimy być dzielne, a ja swoją psychiką muszę wspierać moje rodzące się Szczęście.
Oczywiście, zaraz po tym jak weszłam na moją salę porodową i ogarnęłam, że jest telewizor poprosiłam mojego R. o to, by przełączył mi na jakiś kanał muzyczny, kiedy już skurcze nie pozwolą mi na oglądanie meczu tenisa ziemnego. Tak też zrobił… Tyle że jedyną stacją na jakiej leciała muzyka była – Eska. Porażka, ale co tam… I nie wiem czemu wryło mi się w głowę, że chcę by leciała piosenka Kasi Popowskiej – przyjdzie taki dzień. Kurcze, nawet specjalnie nie lubię tej piosenki… Pamiętam, że kiedy zeszłam do parteru, klęcząc na worku sako i machając bioderkami, co chwilę byłam rozczarowana, bo nie puścili mi moje piosenki! Co więcej… Klęczałam na tym worku, podpierałam się łokciami, za mną stała położna a przede mną mój R. I ja jak już wspominałam, macham sobie tymi moimi szerokimi bioderkami, a z telewizora leci „lubię jak poruszasz tym co mama w genach dała…”. I mój R. i położna Ania wybuchnęli śmiechem, a mnie właśnie złapał kolejny skurcz. Nienawidziłam ich w tamtym momencie, ale zaraz po skurczu sama zaczęłam się uśmiechać pod nosem 😉

I oczywiście w chwilach gdy przyszedł na mnie ukochany siódmy centymetr, w głowie miałam tylko jedno – ogarniam się z tej podłogi i wychodzę! 🙂 Potem przy każdym badaniu w duszy wyklinałam lekarzy, ale to działo się tylko w mojej głowie. Na głos zdarzyło mi się przeklnąć tylko raz „ja pieprzę jak to boli”. I łamię stereotypy – nawet jednego złego słowa nie powiedziałam mojemu mężowi, co więcej… Nawet nie pomyślałam by obwiniać go za to, że teraz cierpię, czy wywalać go z sali porodowej.
W momencie kiedy przyszedł do mnie mój doktorek, a ja rodziłam kucając przy drabinkach, spytał mnie „co tam u Pani ciekawego?” – w głowie puściłam mu całą wiązankę odpowiadając na jego durne pytanie. Jednak w jego stronę skierowałam tylko jedno, pełne nienawiści i złości, spojrzenie.
W trakcie skurczy ciągle powtarzałam sobie „dam radę” choć raczej bardziej przemawiało do mnie wymawiane na głos co chwilę „nie wytrzymam”. A kiedy już ostatecznie rodziła się Zofia, mówiłam jej „no maleńka, zaraz będziemy razem!”.

Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam, byłam w takim szoku, że średnio pamiętam tę chwilę. Mimo tego, że Zonia była opuchnięta i śmiesznie sino-różowa, to dla mnie była taka piękna! Pocałowałam ją, powiedziałam „Cześć Zosiu” i patrzyłam. A w głowie ze szczęścia nie mogłam pozbierać myśli. Euforia niesamowita! 😉 Najbardziej pozytywna chwila w moim życiu! Najszczęśliwsza! Pierwsza nasza chwila, pierwsza wymiana spojrzeń, pierwszy dotyk…

Od tamtej chwili jestem niesamowicie szczęśliwa! Poprawka: Jesteśmy niesamowicie szczęśliwi! 🙂

Podobne posty