Jestem ponad trzy miesiące po porodzie. Emocje opadły, prawie wróciłam do siebie sprzed ciąży. Nie będę kolejny raz powtarzać jak bardzo zmienia życie pojawienie się dziecka. Wrócę do posta pisanego zaraz po porodzie: zaskoczenie porodowe – strach ma wielkie oczy. Po pięciu dniach od narodzin Zofii mój pogląd na poród wyglądał tak, a nie inaczej… Teraz, gdy minęło trochę czasu widzę to wszystko w trochę odmiennych kolorach – mniej przesiąkniętych różem…

R. przywiózł mnie do szpitala, badanko na izbie i mnóstwo formalności (gdybym przyjechała ze skurczami nie wiem jak wytrzymałabym te procedury i zawalanie mnie papierami i toną podpisów). Lekarz oznajmia mi, że kładą mnie na patologię i że jutro wywołujemy skurcze. Aha super! Jutro będę mieć na rękach swoje dziecko!
Doktorek prowadzi mnie na oddział, zostawia pod opieką położnej, która zaraz ma po mnie przyjść. Czekamy na korytarzu pięć, dziesięć, piętnaście minut – przychodzi położna – że tak powiem starej daty – informując mnie, że skoro jestem już tydzień po terminie, to od razu powinni mnie położyć na salę porodową, a nie wpychać na patologię (w głębi duszy się z nią zgodziłam – oddział patologii jest dość… niekomfortowy? Poza tym ileż można chodzić z tym wielkim brzuchem…?). Chociaż gdybym miała się do czegoś doczepić, to mogłaby być odrobinkę milsza…
Wreszcie znaleźli dla mnie miejsce! Rozpakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy na łóżku, przyszła po mnie ta sama położna krzycząc, że natychmiast mam się zbierać na badanie bo doktorek na mnie czeka. Poszłam za nią – a że wtedy naprawdę się toczyłam – ciągle mnie poganiała… Gabinecik do badań dość obskurny… Ale co tam. Weszłam na fotel, lekarz najpierw mnie zbadał – już wtedy mnie bolało, bo chciał ręcznie wywołać jakiekolwiek skurcze. Rozwarcie 2 cm. Zakłada mi cewnik dopochwowy. W tym celu używa średniowiecznego metalowego wziernika, którym przyszczypuje mi szyjkę! Zrobiło mi się tak słabo z bólu, że prawie odleciałam… Ciemno przed oczami, ścisnęłam pięści i wydałam z siebie cichutkie „auuu”. Na co położna – „nie możliwe, że cię boli!”. Aha, przepraszam, zapomniałam że w szpitalu nie ma prawa mnie nic boleć i nie mogę się na nic skarżyć… Przeżyłam choć bolało… Zeszłam z fotela i osunęłam się na krzesełko stojące obok. Z bólu, z przerażenia… Wyszłam na korytarz, a stamtąd mój R. odprowadził mnie na szpitalne łóżko…
Po kilku godzinach zaczęły się skurcze – poinformowałam o tym położne, jednak stwierdziły, że jeśli cewnik nie wypadł nic się nie dzieje. Kurcze! Pierwszy raz przyszłam rodzić, może by tak trochę wsparcia…? Jakiejkolwiek informacji jak sobie pomóc już we wstępnym bólu porodowym…?
R. przyszedł z pomocą, ciastka z czekoladą, gorąca czekolada, nektarynki i zabranie mnie ze szpitala do auta trochę poprawiło mi humor. I choć nie opuściliśmy szpitalnego parkingu, czułam się lepiej siedząc ze skurczami (no, może skurczykami) w aucie, niż na szpitalnym łóżku…

Wieczorem skurcze a to się nasilały, a to słabły. Nikt nie zainteresował się moją osobą, więc zajęłam się sama sobą. Wieczorem ciepły prysznic, starałam się wyluzować (w miarę możliwości). Noc nie należała do tych przespanych, z oczywistych względów – z jednej strony bałam się porodu, z drugiej zaś, nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę nasze wyczekiwane Maleństwo!

O 5:30 z delikatnością ruskiego czołgu, do sali wtargnęła położna. Oho, za pół godziny mój czas, godzina zero! Zebrałam swoje rzeczy, wzięłam ze sobą na porodówkę tylko te najpotrzebniejsze. Tam oczywiście sympatyczna położna i część cukierkowej opowieści z posta sierpniowego…
W trakcie porodu – przebijanie pęcherza płodowego – O Boże…! Nie pamiętam nazwiska lekarza, który był jako jeden z kilku lekarzy przy porodzie Zoni, ale nie życzę żadnej z Was spotkania z tym człowiekiem…
Przebijanie pęcherza samo w sobie nie boli, ale kiedy lekarz „badał” mnie po zabiegu wsadzając tam pół swojej ręki i robiąc mi mechaniczne rozwarcie – wyłam z bólu! I gdy zaciskałam nogi kazał mi się nie ruszać, przy czym gadał coś pod nosem o tym że się wiercę… Położna mnie uspokajała, ale jak mam leżeć spokojnie, kiedy lekarz sprawia mi ból?! Następna kwestia – każde badanie ginekologiczne w porodzie odbywało się na skurczu, czyli w momencie, kiedy najbardziej mnie bolało! Nie skurcze były koszmarem a te badania! Lekarze naprawdę nie mają pojęcia jak to boli…
Kolejna kwestia – kiedy Zosia mimo rozwarcia nie chciała wstawić się w kanał rodny, i mimo tego, że robiłam totalnie wszystko co radziła położna, by ułatwić jej zejście (łącznie z kucaniem przy drabinkach, chodzeniem, skakaniem na piłce czy leżeniem na boku – taaak, podczas porodu nawet leżenie jest piekielnie trudne) ten właśnie doktorek wszedł do sali uświadamiając mnie i mojego męża, że daje mi pół godziny, po tym kleszcze lub cesarka. Wtedy na hasło „cesarka” od razu się ucieszyłam, ale teraz widzę jakie to było okrutne! Zamiast próbować mi pomóc, wesprzeć mnie, wyjaśnić cokolwiek… Te trzydzieści minut wisiały nade mną niczym topór kata. Wiadomo, nie myślałam tak o tym w tamtej chwili, bo perspektywa cesarki była dla mnie wybawieniem od bólu. A jaki to był ból…? Dla normalnego człowieka nie do zniesienia, dla zdeterminowanej matki ból konieczny. Krzyczałam, błagałam Rafała o pomoc, a położną o jakiekolwiek znieczulenie. Prosiłam R. by załatwił mi cesarkę, bo dłużej tego nie wytrzymam… Całe szczęście mnie nie posłuchał.
Czułam jak rozchodzą mi się kości, każdy skurcz był odczuwalny jak wbijanie mi na żywca noża prosto w kręgosłup, brzuch i nerki. Jednak czymże był ten ból w porównaniu do świadomości, że rodzę własne dziecko…? Cały czas w myślach modliłam się, by Zosia urodziła się zdrowa. Słuchałam R. który kazał mi oddychać żebym dotleniała dziecko. Musiałam oddychać choć nie mogłam, brakowało mi tlenu, brakowało mi sił…
Ale co tam! Od tamtego momentu, od pierwszego skurczu byłam gotowa na największe męki, byle tylko urodzić całe i zdrowe maleństwo. I tak bez wahania zgodziłam się, by moje ciało zostało rozerwane, bez znieczulenia, bez ulgi w cierpieniu. Nic nie było i nie jest ważne w takiej chwili, poza rodzącym się żywym Cudem!
Kiedy już na salę porodową wszedł mój ciążowy doktorek poczułam się bezpiecznie (chociaż odwiedził mnie także w trakcie porodu, kiedy to próbowałam zepchnąć w dół mojego brzucha Zochę, kucając namiętnie przy drabince; wszedł i zapytał „Co tam pani Weroniko słuchać? Jak się pani dzisiaj czuje…?” dodając przy tym cwaniakowaty, aczkolwiek serdeczny uśmieszek). Sam moment porodu wspominam wspaniale – niezawodna położna ułatwiła mi bardzo cały poród.
Jednak od razu po narodzinach Zofii nie położono mi jej na brzuchu. Dopiero kiedy R. odciął pępowinę, zawinięto ją w jakiś ręcznik i na chwilę dosłownie położyli ją na moich piersiach. Popatrzyłam na nią, pocałowałam, przytuliłam. Zabrali ją bez mojej zgody(!) żeby ją zbadać, zmierzyć zważyć. A przecież podstawowe badania można wykonać kiedy noworodek leży na maminym brzuchu…! Jednak byłam na tyle oszołomiona prędkością wydarzeń, bólem i mnogością osób wkoło, że nawet nie pomyślałam by się sprzeciwić… A wszystko tylko dlatego, że nikomu nie chciało się czekać dwie godziny, by nie przerywać mi kontaktu „skóra do skóry” przez dwie godziny! To było moje dwie godziny, które postanowiono skumulować do pół minuty! Jakim prawem…? Nie mogę sobie wybaczyć, że na to pozwoliłam…
Po wszystkich zabiegach, osuszeniu i ubraniu Zoni, dali ją na ręce Tacie. Ja w tym czasie czekałam aż doktorek mnie pozaszywa i doprowadzi do stanu jakiejkolwiek używalności. Szwów zewnętrznych i wewnętrznych miałam sporo, bo Zonia nie dość, że spora baba, to rodziła się z rączką, powiększając tym samym średnicę swojej główki. Automatycznie potrzebowała więcej miejsca by wyjść na świat, więc moje tkanki popękały w najlepsze, by tylko umożliwić jej przejście przez kanał rodny…
Po dwóch godzinach karmienia na sali porodowej, przewieziono nas na salę ogólną. Tam spędziłam kolejną godzinkę… Przyszła jakaś położna i wręcz rzuciła się na mój brzuch jednocześnie obserwując krwawienie. Znów sprawiono mi ból, jednak tłumaczyłam sobie, że to konieczne. Sama położna stwierdziła, że nie jest wcale delikatna… Zakomunikowała mi, że nie podoba jej się kolor krwi i przyjdzie za piętnaście minut sprawdzić czy coś się zmieniło. W tym czasie mój R. pojechał kupić mi coś do jedzenia…
Przyszła ponownie położna, kazała mi przesiąść się na wózek (naprawdę nawet nie mogłam się podnieść i usiąść, a co dopiero wstać z łóżka i przemieścić się na wózek…). Zawiozła mnie do gabinetu, gdzie kazała mi zasiąść na fotel do badania ginekologicznego. Tak bardzo mnie to bolało… Nie mogłam, próbowałam, ale nie mogłam! Położna stwierdziła, że mi pomoże, po czym wręcz wepchnęła mnie na fotel. Położyłam się, przyszedł TEN doktorek. O nie… Okropnie się bałam… Kazał mi położyć nogi na wysięgnikach, wziął wziernik i… Kompletnie nie licząc się z moim bólem, z tym co przed chwilą przeszłam, z tym, że jestem świeżo szyta, zaczął mnie badać, a ja wyłam z bólu! Prosiłam go żeby przestał, powiedział „niech się pani przestanie rzucać, nie będę tu z panią walczył” na siłę trzymając moje kolana… Płakałam. Kazał mnie zabrać na salę operacyjną, bo podczas porodu nie zaszyto mi jednego pęknięcia i na szyjce zrobił się krwiak. Boże jak ja się bałam! Byłam tam sama… R. nie było, Zosia została sama w sali, zostawiłam ją nawet bez pocałowania… Zaraz pojawiła się anestezjolog, gdzie zasypała mnie milionem pytań o uczulenia, przebyte choroby, kolczyki i tatuaże… Przyszła do mnie moja położna, która była przy mnie podczas porodu. Przepraszała mnie głaskając mnie po głowie i trzymając mnie mocno za rękę… Nie chciałam tej operacji, nie chciałam usypiania… Bałam się, że nigdy więcej się nie obudzę, że nie zobaczę już więcej ani Rafała, ani mojej maleńkiej Zosi… Na całe szczęście zjadłam zaraz po porodzie, co uniemożliwiło im uśpienie mnie przy operacji. Zdecydowali, że dadzą mi znieczulenie w kręgosłup. Od razu pojawiły mi się myśli, czy będę chodzić…? Nie ważne… Nie mogłam nawet płakać, bo tak byłam przerażona. Zawieziono mnie na salę operacyjną, było mi zimno. Trzęsłam się tak, że kazano mi się przestać ruszać, bo babeczka nie mogła mi wbić igły w kręgosłup. Nie potrafiłam płakać. Bałam się i rzucało mną ze strachu. Chciałam tylko żeby Rafał do mnie przyszedł i mnie przytulił… Boże jak ja się wtedy bałam…  Zaraz potem zmieniło się moje samopoczucie. Byłam świadoma, ale spokojna. Może dlatego, że mój osobisty doktorek powiedział mi, że o wszystkim już poinformował Rafała, że mój mąż czeka na mnie na korytarzu przed blokiem operacyjnym.
Po operacji przewieziono mnie na pooperacyjną, gdzie na pół minuty wpuścili Rafała, by podał mi najpotrzebniejsze rzeczy. W nocy kiedy jakieś dziecko płakało, byłam pewna, że to Zosia. Poprosiłam położną by mi ją przyniosła na karmienie. Kazała mi odpoczywać, powiedziała, że rano dostanę dziecko z powrotem, że gdy będzie głodna dokarmią ją mlekiem modyfikowanym… Nie wiem czy pod wpływem morfiny byłam otumaniona, czy byłam tak bezsilna, że nie walczyłam o swoje…, Nie walczyłam by zobaczyć swoje dziecko, mimo iż serce z tęsknoty i troski mi pękało…
Rano oczywiście przyniesiono mi Zofię, potem mnie przewieźli znów na moją salę. Nie miałam już żadnych nieprzyjemności ani problemów z opieką…

Największą krzywdę psychiczną zrobił mi ten lekarz, który badał mnie zaraz po porodzie, bez jakiejkolwiek delikatności, bez dbałości o mnie jako pacjentkę… Gdy po sześciu tygodniach musiałam iść na wizytę kontrolną do ginekologa, przed gabinetem ze strachu miałam aż spocone ręce… A kiedy miałam usiąść na fotelu do badania… Na szczęście mój doktorek to w porządku gość!

Często w nocy śni mi się sala operacyjna, śni mi się ten lekarz, śni mi się, że zostawiłam Zosię samą… Ona na pewno płakała, na pewno czuła się osamotniona. Weszła w inny świat i już została sama, beze mnie, bez jedynego głosu który zna, bez ciepła, bez opieki… Oczywiście zaraz zabrały ją położne do pokoiku, w którym leżą dzieci, ale położne za specjalnie się tymi dziećmi nie przejmują… Kiedy Rafał był zobaczyć Zosię, nie wpuścili go do Małej, widział ją tylko przez szybę. Nie wiem czy płakała… Wiem tylko z opowiadań mojego męża, że inne dziecko bardzo płakało, a położne jak by nigdy nic, popijały sobie kawkę plotkując w najlepsze…

Nie zmieniam zdania co do porodu – to najwspanialsze doświadczenie w moim życiu. Zmieniam natomiast zdanie na temat szpitala i opieki. Dotarło do mnie to teraz, będzie więc edycja posta o moim „szczęściu” odnośnie trafienia do szpitala na Prostej. Piętno jakie odbiło się na mojej psychice na pewno na długo pozostanie, choć te zła chwile staram się wyrzucić z mojej pamięci…

Ten widok wynagrodził mi wszystko:

 

Podobne posty

  • Ja prostą bardzo dobrze wspominam.Spędziłam tam prawie 2 tyg he 😛 Może dlatego że ZO otrzymałam na życzenie.Do jakiego ginekologa chodziłaś?

  • Do Dr Jarosińskiego – bardzo polecam gościa, choć na początku dziwnie się z nim gadało, potem się rozkręcił 🙂

  • Masakra,co się dzieje w tych szpitalach.. 🙁 Ja mam podobne wspomnienia, choć bez operacji po porodzie, ale tak naprawdę oni wszystko mają w dupie… Dobrze, że pewne rzeczy zacierają się w pamięci po czasie.. Zosieńka piękna !!