Uff… Na dobre rozpoczął się rok akademicki! Jak wiecie przeniosłam się na studia zaoczne, by móc przede wszystkim wywiązywać się z macierzyńskich obowiązków wobec mojej córki, przy czym nie rezygnować z nauki. Postanawiając kontynuację poszerzania i zdobywania wiedzy, miałam wiele obaw, które do tej pory we mnie drzemią. Już nie martwię się o pozostawianie Zosi pod opieką ukochanej niani (pozdrawiam Olcię!), nie boję się czy wytrzyma i czy nie narobi kłopotu Oli, swoim czasem bezzasadnym płaczem. Teraz trochę egoistycznie boję się o to, jak ja to ogarnę. Co prawda z przyczyn różnic programowych między tokiem stacjonarnym a niestacjonarnym realizuję aktualnie tylko dwa przedmioty, ale czekają mnie pod koniec semestru ciężkie egzaminy… Po pierwsze certyfikat z angielskiego, po drugie –  cztery semestry fotogrametrii, a zawsze miałam problemy z semestralnym zaliczeniem… Więc zaczynam nadrabiać zaległości z dwóch lat!
Wydrukowałam notatki, poodnajdywałam książki i siedząc wśród tych papierów naszło mnie na wspomnienia…
Jakie było moje życie od momentu pójścia na studia..? Zdecydowanie chwiejne i burzliwe. Ktoś mi kiedyś powiedział, że życie chwilą jest dobre, ale na chwilę… I z tego miejsca, za to jedno jedyne mądre zdanie, bardzo dziękuję.
Polibuda zmienia ludzi, akademik jeszcze bardziej 😉 I nie chodzi o ciągłe imprezy, bo więcej ich było jak jeszcze mieszkałam na stancji… Oj czasem się dziaaało… W ciągu jednego roku studiów wiele się zmieniło: jedni ludzie przychodzili, inni odchodzili. A imprezy były zawsze! Po burzliwym semestrze zaczęłam się gubić w tej wolności, w zagłuszającej muzyce, w wypijanym alkoholu, w ludziach, którzy podawali się za moich przyjaciół, a tak naprawdę nigdy nimi nie byli, do czego odwołam się później.
Mijały dni, każdy chciałam wykorzystać do cna! Łapać z życia jak najwięcej, być silną i niezależną, robić to na co mam ochotę, często wbrew sumieniu i samej sobie. Wszystko by tak naprawdę nie słuchać siebie, tylko wkręcać się w to jakże popularne wyzwolone „studenckie życie”. Nikt przecież mnie nie nadzorował, nikt nie mówił mi co mam robić. Każde moje działanie było spontaniczne, zero obowiązków, brak odpowiedzialności, zobowiązań. Chciało by się powiedzieć – totalna sielanka. Czego można oczekiwać od życia więcej…?

Każdy dzień pędził w wirze uczelni, znajomych, wypadu do klubu. I tak do dnia, w którym „kocham cię” zaczęło zmieniać wszystko, ale rzecz jasna nie od razu…
Z rozpoczęciem kolejnego roku akademickiego, już byłam inną osobą, zgoła inną. Stałam się akademikowym domatorem, ciężko mnie było wyciągnąć nawet na korytarzowe posiadówki. Raczej celebrując swoje towarzystwo spędzałyśmy z Olą wspólnie wieczory, oglądając kolejne odcinki ulubionych seriali.
Pojawienie się dwóch kreseczek zmieniło wszystko! Naprawdę wszystko! Ja zaczęłam stawać się lepszym człowiekiem, może życie zwolniło, a tym samym paradoksalnie nabrało niesamowitego tempa. Wypełniła mnie miłość i oczekiwanie na mój własny cud! Ze wszędobylskiej, zwariowanej i spontanicznej studentki zaczęłam zmieniać się w spokojną, czekającą mamę. Po narodzinach Zosi nasz świat stanął na głowie! 🙂 Zostałam przecież mamą. I przez miesiąc byłam tylko mamą, od października znów zostałam studentką, mamą-studentką.
A jak to teraz wygląda? Wszystkie dotychczasowe problemy stały się totalną błahostką. chęć zabawienia się przychodzi od czasu do czasu, ale na obecną chwilę nie wybrałabym się na wielką imprezę. Raczej posiedziałabym ze znajomymi przy drinku, którego z oczywistych względów matki karmiącej, na razie nie chcę nawet wąchać 😉 Nie chcę kolejny raz powtarzać jak bardzo Rafał i Zosia zmienili moje życie, bo wysławiałabym ich zasługi chyba do jutra… Dumna jestem z samej siebie! Cieszę się że się zmieniłam, raduje mnie fakt, że moje życie nabrało prawdziwego sensu. Że ze statusu studentki singielki przeszłam w oszałamiającym tempie metamorfozę, stając się żoną i mamą 🙂 Fakt, brakuje mi czasem karaoke w akademiku, dzielenia pokoju legalnie z Olą i nielegalnie z R., nocnych spontanicznych wypadów do McDonald’a i tańczenia do rana przy klubowej muzyce. Ale nigdy bym do większości tych rzeczy nie wróciła, nawet gdybym miała ku temu okazję.
Nie jest też tak, że teraz w moim życiu jest Zonia, Zonia i tylko Zonia. Nie przysłania mi ona świata, znajomych i poza macierzyńskiego życia. Ja po prostu stałam się racjonalną mamą, do której roli musiałam dojrzeć.
Lekkie studenckie życie mnie już nie kręci, a zakres moich nowych obowiązków stał się dla mnie przyjemnością. Chcę być teraz przede wszystkim stacjonarną mamą i niestacjonarną studentką. Chcę być przykładem dla mojej córki, dawać jej swoim życiem motywację do działania. Uczyć ją radzenia sobie w każdej życiowej sytuacji i pokazywać, że warto walczyć o swoje. Chcę też skończyć to co zaczęłam, zdobyć na tyle wiedzy i doświadczenia, by móc robić w życiu to co lubię i czerpać z tego korzyści – nie tylko majątkowe.
Chętnie też od czasu do czasu wyskoczę na studenckie piwko! Gdybym ograniczyła się tylko do roli matki, odcinając się od wszystkiego i wszystkich, najprawdopodobniej bym zwariowała…

Moje życie zmieniło się tak:

Podobne posty