Połóg książkowo trwa sześć tygodni od porodu – dzięki Ci Boże mam to już za sobą. W środę bowiem, nasza Myszka skończyła sześć tygodni zamykając tym samym temat połogu u mamy 😉

Ale może od początku… Połóg zaczyna się z chwilą, kiedy rodzi się łożysko – pierwsze 24 godziny – najtrudniejsze, choć jednocześnie najbardziej łaskawe dla organizmu – leżąc cały czas w szpitalu nie trzeba wstawać, nie nadciąga się więc świeżo pozszywanej szyjki, nie trzeba też karmić co chwilę – dziecko bowiem odsypia poporodowe stresy. Można odpoczywać do woli. Potem jest dużo gorzej – wracając do domu, wracają różne obowiązki, a każde wstawanie czy siadanie powoduje ból.

Punkt drugi – laktacja! Och jakże cudownie jest karmić piersią – przynajmniej tak twierdzi moja mama. Dla mnie osobiście tragedii nie było na początku, ale nadal nie uważam tej czynności za najprzyjemniejszą rzecz w życiu.
Niektóre kobiety – bo mnie to przyszło całkiem naturalnie – nie potrafią przystawić dziecka do piersi, a dzieci nie potrafią odpowiednio złapać sutka i zacząć ssać. Tu też jest kłopot, na szczęście wiem, że z pomocą przychodzą wtedy położne.
Początkowo wystraszona opowieściami o pękających sutkach, co chwilę smarowałam się Maltanem. Na szczęście problem mnie ominął, więc maść poszła w odstawkę.
Skurcze macicy! O taaaak, po porodzie jeszcze długo się je odczuwa – macica się obkurcza, o czym przypomina przy każdym karmieniu – przystawienie dziecka do piersi powoduje wyrzut oksytocyny, co pomaga wrócić naszej macicy z rozmiaru XXL do S, bo po ciąży na XS raczej nie ma co liczyć. Więc poza bólem sutków, które za każdym razem gdy karmisz naparzają tak, że gryziesz kołdrę, boli cię jeszcze brzuch.
W trzeciej dobie po porodzie zazwyczaj pojawia się nawał pokarmu – u mnie nie zaobserwowałam. Faktycznie miałam go trochę więcej niż do tamtej pory, ale raczej dlatego, że mleczarnia zaczęła swoją produkcję na dobre. Następnie – nieunormowana laktacja – to znaczy, że budzisz się w nocy z zalaną koszulą i prześcieradłem, mimo wkładek laktacyjnych, które zwyczajnie przeciekają. A gdy tylko wyjmiesz pierś by nakarmić swe dziecię, zalewasz mlekiem nie tylko twarz bobasa, ale i pół podłogi d pokoju. Co więcej – jeśli maluszek się zakrztusi i musisz go podnieść do pionu – rzecz jasna nie dbając o zasłonięcie ociekającej mlekiem piersi – nie licz na to, że cokolwiek w pobliżu będzie suche. Oczywiście budzisz się w nocy dwa razu częściej niż tego potrzebuje maluch i musisz charatać z laktatorem w ręku, ściągając mleko – inaczej twoje skamieniałe piersi wybuchną – przynajmniej taka wizja ci się przedstawia. I za każdym razem jeśli wychodzisz z domu, zastanawiasz się czy aby przypadkiem nie zalało cię mleko – w tym celu publicznie macasz się po piersiach, sprawdzając suchość odzienia. Oczywiście nigdy nie pamiętasz, z której piersi karmiłaś ostatnio, więc znów uprawiasz macanki, dając tym samym do zrozumienia innym, że nie możesz się odkleić od swoich nagle przyrośniętych, powiększonych o jakieś dwa rozmiary piersi. Biorąc prysznic, nawet gdy idziesz do łazienki zaraz po karmieniu z lewego i prawego cyca – kapie mleko równocześnie z obu piersi. Więc wycierasz się do znudzenia – dopóki nie odziejesz spadochronowego stanika. Jeszcze w ciąży kiedy kupiłam nieusztywniany stanik w rozmiarze D, zarzekałam się, że w życiu tego na siebie nie założę i od razu poleciałam kupić usztywniany. Oczywiście, na co dzień chodzę ze spadochronem na biuście… I wszędzie, bez kompletnego skrępowania wywalasz cyce na wierzch, niczym babeczka rodem z czarnoskórego plemienia. Twój biust traci jakąkolwiek funkcję erotyczną – od chwili narodzin dziecka jest to narzędzie do wykarmienia potomka, ku jego zdrowiu i najlepszemu rozwojowi.
W temacie laktacji nie można pominąć zatorów mlecznych lub zapalenia piersi – nie wypowiem się, bo zwyczajnie mnie to nie dotyczy – mam nadzieję, że tak zostanie.
Jednakże, poza wszystkimi trudami jakie towarzyszą karmieniu wiem, że najważniejsze jest zdrowie dziecka. A nie wynaleziono jeszcze mleka, które by było tak dobre dla organizmu jak mleko matki. A no i rzecz jasna – jestem leniwa, więc nie wyobrażam sobie karmienia dziecka mlekiem sztucznym – wyparzanie butelek, podgrzewanie mleka, odmierzanie proszku miarką w środku nocy – to nie dla mnie. Zalet karmienia piersią jest mnóstwo, ale o tym napiszę odmiennego posta innym razem. Jedno wiem na pewno – jest to tańsze, szybsze i zdrowsze.

Następnie – popołogowe szaleństwo odchodowe – czyli sytuacja, w której uświadomiłam sobie, że kompletnie nie można narzekać na trzy lub czterodniowy comiesięczny okres. Oczywiście najlepsza jazda jest po samym porodzie – masz wrażenie, że tyle z ciebie wylatuje, że powinnaś z miejsca zostać honorowym dawcą krwi… Z dnia na dzień oczywiście jest coraz lepiej. Choć czasem zdarzają się różnego kształtu i wielkości skrzepy – przyprawiające cię o mikro zawał. A i kolorystyka jest przeróżna – połóg nie jest monotematyczny – zmienia kolory niczym tęcza 😉 Na szczęście dość szybko można przerzucić się z wielkich wkładów poporodowych – niezastąpionych w szpitalu – najpierw na normalne podpaski, potem na wkładki – inaczej bym oszalała. Z tymże do pięciu/sześciu tygodni cały czas masz urwanie głowy…

Rozpuszczające się i wypadające szwy – ja osobiście miałam wrażenie że to jakiś dwu centymetrowy robak – schiza jak nie wiem, ale ogarnęłam, że przecież byłam szyta i to na pewno jeden z moich uroczych szwów.

Sieczka z mózgu – czyli prawie nie jesteś w stanie myśleć. Nie dosypiasz wstając w nocy co potęguje zmęczenie. Nie wiesz co i do kogo mówisz, nie pamiętasz czy jadłaś coś od rana czy nie. Ewentualnie wieczorem uświadamiasz sobie, że od wczoraj nie sikałaś… A no i cokolwiek robisz jesteś upocona jak świnka Pepa – osłabienie organizmu jest tak wielkie na początku, że najlepiej byś tylko spała.

Dieta matki karmiącej – spróbuj zjeść tylko coś na co masz prawdziwą ochotę – np kebab – a przekonasz się jak długo i intensywnie potrafi krzyczeć twoje dziecko. Oczywiście musisz uważać na wszystko co jesz i w jakiej ilości. Wprowadzanie nowych pokarmów często kończy się wysypem krost na dziecięcym licu.
W temacie jedzenia – w zależności od tego co jesz, albo masz problemy z zaparciami, albo nie. A samo siadanie na ubikacji po porodzie – taaak, bardzo przyjemne, do tego stopnia, że zastanawiasz się, czy nie lepiej sikać na stojąco…?

Zastanawia mnie fakt, jak niektóre kobiety wracają do współżycia seksualnego w 3 – 4 tygodnie po porodzie…? Poza bólem jaki jeszcze towarzyszy, ja osobiście mam schizę, że na pewno mi tam wszystko od nowa popęka. Paranoja.

Oczywiście najważniejszym jest, by pod koniec tego ciężkiego okresu, zgłosić się do lekarza – ginekologa – na nazwijmy to oględziny 😉 Powiem szczerze – bardziej się bałam tej wizyty, niż tej, kiedy pierwszy raz szłam do ginekologa… Ostatnim razem kiedy widziałam się z doktorkiem, starannie zszywał moje popękane i nacięte krocze – niezbyt przyjemne do wspominania spotkanie. Ale nie było tak źle!
Doktorek bowiem jest lekarzem niezmiernie delikatnym, choć dokładnym w tym co robi. Mam do niego całkowite zaufanie. Dlatego jak tylko weszłam do gabinetu stres minął, wiedziałam, że jestem w dobrych rękach 😉

Rozpisałam się, oczywiście jedną nogą kołysząc Zosię z wózku i pisząc post na kilka razy – karmienie, przewijanie, usypianie, karmienie. Każda matka mnie zrozumie.

P.S. Żeby nie było, nadal uważam rodzenie dzieci, za jedno z najlepszych przeżyć w życiu i mimo wszystkich dolegliwości przed i po porodowych na pewno zdecyduję się na to jeszcze raz! 😉

Podobne posty