Jeszcze przed ciążą byłam zdania, że mężczyzna powinien być przy porodzie własnego dziecka. Uważałam, że dopóki facet nie zobaczy w jakich męczarniach kobieta rodzi jego dziecko, nigdy nie nauczy się do niej szacunku. Ciąża, poród i życie w trójkę troszkę zweryfikowało ten pogląd…

Otóż szacunek to rzecz nabyta, jednak jeśli nie wyniesie się go z domu, nie da się go nauczyć albo zdobyć przez różne doświadczenia. Bywa, że pojawia się na chwilę mglista nadzieja, że owy szacunek się pojawił, jednak jest to tylko krótkotrwała wizja.
Na całe szczęście ja – niczym sobie na niego nie zasłużąca – zostałam obdarowana szacunkiem i miłością jeszcze na dłuuuugo przed zajściem w ciążę. Potem przez dziewięć miesięcy czekania na Zosię oboje przygotowywaliśmy się psychicznie do pójścia na salę porodową razem. Wiele razy powtarzałam mężowi, żeby nie robił tego dla mnie, bo ja tak chcę i jeżeli nie czuje pewności, że musi tam być, to będę rodzić sama. Szczerze wątpiłam w to co mówię, ale nie mogłam go postawić pod ścianą i kazać mu tam być ze mną. To miała być jego decyzja, niczym nie wymuszona. Już na początku ciąży wiedziałam, że jesteśmy oboje zdecydowani na poród rodzinny.
Kiedy znajomi pytali mnie czy będziemy rodzić razem z wielką radością to potwierdzałam 😉 Potem odwodzące mnie od tego pomysłu różne kobiety mające różne doświadczenia porodowe, ale nie wszystkie radzące doświadczyły porodu rodzinnego. Jedna z moich sióstr oświadczyła mi, żebym nie brała ze sobą Rafała bo i tak za chwilę go wyrzucę za drzwi, wyklinając go i krzycząc cytuję: „że nigdy więcej mu nie dasz”. Słyszałam też, że mąż jedyne co będzie robił przy porodzie to mnie denerwował, nie rozumiem skąd taka teoria…
Posłuchałam jednak swojej intuicji i postanowiłam postawić na swoim. Bałam się tego co mówili inni – że jeśli będziemy razem przy porodzie i mąż będzie widział mnie w stanie takim a nie innym, to potem wszystko się w związku zmieni na gorsze. Naczytałam się w internecie, że mężczyzna po porodzie rodzinnym zazwyczaj traci zainteresowanie swoją kobietą, że przestaje być ona w jego oczach atrakcyjna. Bałam się tego niesamowicie – i po raz kolejny udowodniłam sobie, że nie warto się bać i przejmować na wyrost. Kiedy kilka dni temu wieczorem leżąc w łóżku zaczęłam ten temat pytając męża, czy nie nabrał do mnie jakiegokolwiek dystansu, w odpowiedzi dostałam krótkie „ani trochę”.
Dla kobiety poród rodzinny to nie tylko wsparcie w jego trakcie, ale także nie kończące się poczucie bezpieczeństwa we wszechobecnej porodowej bezradności. Oczywistym dla mnie jest, że nie wszyscy mężczyźni na porodówce zachowują się jak mój mąż, dlatego każda z nas zanim się na to zdecyduje, powinna to przemyśleć po stokroć. Nie wyobrażam sobie jakichkolwiek komentarzy czy uwag, które mężczyźni kierują ku swoim rodzącym kobietom. Często też nie wytrzymują presji, wychodzą. Wtedy najlepiej mieć osobę w zastępstwie, która wesprze i pomoże w razie gdyby mąż zaniemógł 😉
W moim przypadku było idealnie od początku do końca. Sama położna po porodzie wyraziła swoje pozytywne zaskoczenie postawą Rafała i pomocą jaką mi służył przez cały czas. Nie dałabym rady sama… Ani na chwilę nie pomyślałam, że lepiej by mi było bez niego, że trzeba było posłuchać tych wszystkich rad i odprawić męża na szpitalny korytarz. Ani przez chwilę nie czułam zażenowania, irytacji czy jakiegokolwiek wstydu. Był dla mnie olbrzymią pomocą!

Jeszcze jedno – naprawdę szczerze polecam poród rodzinny chociażby dlatego, że po nim w związku wszystko się zmienia! Miłość staje się jeszcze silniejsza, przywiązanie wzrasta stokrotnie. Nie potrafię tego opisać. Na pewno dzieje się tak też z powodu pojawienia się na świecie dziecka, urzeczywistnienia miłości. Wiem jednak, że poród rodzinny to nie był błąd, a dzięki obecności Rafała, jestem bardzo pozytywnie nastawiona do wizji kolejnego porodu w przyszłości 😉 Oczywiście – powtarzając to po raz kolejny – bez męża kolejny raz na porodówkę nie wchodzę 😉

Na sam koniec – wracając do szacunku, o którym pisałam na początku – Rafał nie musiał go do mnie nabierać poprzez oglądanie mnie w bólach porodowych. On po prostu przez cały ten czas mnie nim darzył i robi to do tej pory…
I to w co wierzyłam do tej pory, odnośnie nabierania szacunku przez uczestnictwo w porodzie, całe szczęście okazało się nieprawdą 😉

Oh… Rozpisałam się. Mała śpi, czas i na sen dla mnie 😉

Pojawię się mam nadzieję dość szybko 😉
Czołem!

Podobne posty