Na temat porodu słyszałam wiele opinii, jeszcze więcej oczytałam się na forach internetowych w trakcie trwania ciąży. Przez dziewięć miesięcy wizja porodu spędzała mi sen z powiek, potęgując u mnie wciąż narastający strach. Z jednej strony to normalne, bać się czegoś nowego, czegoś, co otoczone jest taką złą sławą. Jednak popadanie w paranoję było – przyznam szczerze – niesamowitą głupotą.
Wiele mam mówiło mi, że ból porodowy choć okrutny to jest jak najbardziej do zniesienia. Ja bałam się tego bólu, jakby to on w porodzie był najważniejszy…

Otóż moja historia porodowa jest następująca:
Poniedziałkowy wieczór – bo od tego się zaczęło – minął pod hasłem „boję się, nie chcę iść do szpitala, nienawidzę szpitali”, podczas gdy kolejny raz przepakowywałam torbę porodową. Spakowana, wykąpana, zestresowana nie bez trudu położyłam się do łóżka. Rano we wtorek przyszedł czas na wyjazd do Kielc. I tak o 10 stawiłam się w szpitalu. KTG, USG i inne badania, na izbie – szpitalne formalności. Nie długo po tym leżałam już na szpitalnym oddziale patologii ciąży (nigdy bym nie pomyślała, że moja ciąża choć przez chwile będzie patologiczna ;-)).  Przed godziną trzynastą mój sympatyczny doktorek zawołał mnie na WCALE NIE BOLĄCE zakładanie cewnika Folleya – małego balonika z rurką, który wypełniony solą fizjologiczną ma za zadanie narobienia w szyjce rewolucji i mechanicznie powiększyć moje dwu centymetrowe rozwarcie. Tak też zaczęło się dziać. Poza lekkimi bólami nic wielkiego do rana się nie działo.
W nocy prawie nie mogłam spać, modliłam się by się nie bać, by wytrzymać ból, by jakoś poszło…

W środę obudziłam się o 5 – na godzinę przez wyznaczonym czasem, w którym miałam stawić się na porodówce. Przyszła po mnie położna – mój strach nie wiadomo czemu powoli się zmniejszał, za to wypełniało mnie uczucie niecierpliwości i ekscytacji, przecież już niedługo miałam zobaczyć pierwszy raz swoje dziecko.
Kiedy przestąpiłam próg bloku porodowego, nie miałam wątpliwości, że to co jest, dzieje się naprawdę. Tam przejęła mnie inna położna – bardzo sympatyczna kobieta – zresztą jak wszystkie położne z jakimi miałam styczność w szpitalu. Najpierw opowiedziała mi o porodzie, powiedziała co po kolei będzie się działo, i choć znałam te wszystkie banały na pamięć, to i tak chciałam usłyszeć raz jeszcze jak wygląda poród. I tak miałam najpierw trafić na salę porodową ogólną, gdzie po podpięciu pod oksytocynę miałabym wyczekiwać skurczy. Tego bałam się najbardziej – samotnego czekania na to, co nowe, co niewiadome. Po tym jak rozkręciłaby się akcja porodowa, miałam przejść na salę do porodów rodzinnych i dopiero od tego czasu być z Rafałem. A ja chciałam być z nim od początku, nie chciałam samotności…
Po wszystkich przeprawach przedporodowych czekałam na położną, która podłączy mi kroplówkę. Kiedy tak spacerowałam po korytarzu, okazało się, że Rafał stoi po drugiej stronie drzwi porodowego oddziału 😉 Otworzyłam mu i tak czekając staliśmy w drzwiach.
Położna zaskoczona obecnością Rafała od razu pokierowała nas na salę do porodów rodzinnych 😉 Nie do opisania jest to, jak bezpiecznie się wtedy poczułam. Strach zniknął całkowicie.
Moja osobista położna Ania, okazała się być niesamowita! Po podłączeniu kroplówki i zapisu KTG leżałam sobie na porodowym łóżku, w sali na pełnym wypasie – telewizor, skórzana kanapa, piłka, worek sako, prysznic – no bajer. I tak oglądając sobie mecz tenisa czekałam na skurcze, słuchając tętna naszej maleńkiej Zofii. O jakże chciałam dostać skurczy! Wiedziałam, że ten ból jaki odczuwałam – naprawdę minimalny – nie przyniesie oczekiwanego skutku. Łaziłam więc po sali w nieco za wielkiej porodowej koszuli 😉 Potem piłka, przysiady przy drabinkach, ale bez większych zmian. To naprawdę nic nie bolało – wiedziałam, że to nie jest poród.

O 11:30 lekarz zdecydował o przyspieszeniu akcji porodowej poprzez przebicie pęcherza płodowego. O zgrozo! Tak, przeraziłam się jak to usłyszałam – w gruncie rzeczy samo przebijanie nic nie boli – zresztą od tej chwili zaczęły się skurcze.
I tak miotałam się pomiędzy piłką, chodziłam po sali, klęczałam na worku sako błagając męża o jakąkolwiek pomoc… Nie powiem, bolało. Starałam się jednak skupiać na różnych rzeczach, jak choćby muzyka z telewizji, by nie dać się opanować przez ból. Umysł mój przede wszystkim kierował się ku myśleniu o kochanej Zosi, która miała przed sobą trudną drogę do pokonania. Oczywiście darłam się wniebogłosy przy każdym skurczu – jak radziła starsza siostra – i bardzo pomagało. Nieoceniona okazała się obecność mojego Rafała, choć wiedziałam, że tak będzie. Każde trzymanie za rękę, każde słowo wsparcia, każde masowanie pleców, podawanie wody czy walczenie o oddech w czasie skurczu, było dla mnie olbrzymią pomocą. Poza tym poczucie bezpieczeństwa mnie nie opuściło, nawet w tak ciężkich dla mnie chwilach. Były momenty zwątpienia w swoje możliwości. Najlepsze, że po sławnym siódmym centymetrze w głowie pojawiła się myśl, że ucieknę! Wyjdę z tej sali zostawiając za sobą ból, który na pewno mnie nie dogoni 😉

Koło 14 położna oznajmiła, że czas siadać na porodowe łóżko, bo ileż można się męczyć 😉 Wtedy wstąpiły we mnie nowe, całkiem nie znane mi siły. Adrenalina nie pozwalała mi ani na chwilę poddać się zmęczeniu. I tak dwadzieścia minut później, po trzech skurczach partych na świecie pojawiła się Zosia! Uczucie nie do opisania! Śmiało mogę stwierdzić, że to najszczęśliwsza chwila mojego życia, najbardziej nieprzewidywalna, nie do wyobrażenia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można dostać taki zastrzyk miłości 🙂
Kurcze – rodzenie dzieci jest super! 😉

Czy jestem szczęśliwa? Jak nigdy dotąd. Człowiek dopiero poznaje co to szczęście, kiedy pojawi się na świecie dziecko. Teraz jesteśmy prawdziwą rodziną, choć jeszcze ciężko mi w to uwierzyć 😉

Niesamowitą mam satysfakcję, że dałam radę! Ja – wiecznie marudząca i kompletnie nie odporna na ból. Jednego jestem pewna – bez wahania mogłabym iść jeszcze raz na porodówkę, tylko nie teraz – muszę nabrać trochę sił 😉

Podobne posty

  • Gratuluję córci i zazdroszczę 😉 przede mną jeszcze ślub a dopiero później planowanie potomstwa a nie powiem, już mi śpieszno do tego 😉

  • Weroniko uwielbiam Twojego bloga i styl, w jakim piszesz! Mam nadzieję, że nie przestaniesz prowadzić tej strony, pomimo -zapewne- masy nowych obowiązków! 🙂 bardzo się cieszę, że mogłam tu trafić prosto z linka na fb 🙂
    Pozdrawiam,
    Ola P.

  • Dzięki, dzięki, dzięki! Faktycznie nowych obowiązków co nie miara, ale postanowiłam dać dobry przykład córze i nie poprzestać na słomianym zapale w pisaniu bloga 😉 Będziem więc prowadzić go dalej i dodawać co dzień choć jeden nowy wpis 😉

    Pozdrawiamy!

  • Ślub to jedna wielka masakra 😀 Sam stres generalnie, ale miło się wspomina :))

    P.S. MamiMami rozwija działalność i będzie się zajmować nie tylko sprawami dziecięcymi, ale również handmade'em ślubnym i weselnym. Gdybyś czegoś potrzebowała – polecam się 🙂

  • Czytając Twój post przypomina mi nasza historie porodową. Również jak u Ciebie przy porodzie towarzyszył mi mój Rafał. Był od początku do końca. Również jak u Ciebie był to poród wywoływany. Co było dla mnie straszne… bo tyle się nasłuchałam,że skurcze wywołane są mocniejsze, że boli jak cholera.. Baaa że to największy koszmar w życiu! Dziś jak pytają jak było odpowiadam,że " BYŁO FAJNIE. Podobało się nam. To był prawdziwy cud narodzin." Wtedy każdy patrzy na nas jak na nienormalnych…Nie wiem może to zasługa magicznych Rafałów. Bardzo cieszymy się, że jednak są ludzie którzy uważają, że poród to wcale nic strasznego ! 🙂

    Pozdrawiamy Was

    Anna i Rafał
    Rodzice urodzonej Julki 09.08.2014 🙂

  • Bólu się już nie pamięta, a szczerze mówiąc to jestem zafascynowana cudem narodzin 😉 Można się od tego uzależnić? 🙂

  • Pingback: Mam marzenie: poród domowy. | Karmicielka()